2

Od początku pojawienia się smart watch’y obśmiewam ten pomysł z maniakalnym uporem. Uważam, że urządzenia tego typu to kikut uwiązany boleśnie do smartfonu i bez niego bezużyteczny. Coś tam wyświetla, coś tam brzęczy. Nie zrobimy na tym nic, czego nie zrobilibyśmy na większym ekranie. Ekranie, bez którego i tak się nie rozstajemy. Co jednak, w przypadku opasek fitness, które zdają się okrojoną wersją smart watch’y? Czy jest jeszcze gorzej, czy takie rozwiązanie ma już jakiś sens? Postaram się to rozwikłać dzięki uprzejmości firmy Garmin, która przesłała mi na testy jedno ze swoich dzieciąt – Garmin Vivosmart Activity Tracker. Lecimy.

Design i specyfikacja

Garmin Vivosmart w całości wykonano z elastycznego, gumowanego tworzywa. Jedyne elementy metalowe to styki ładowania i plakietka z logo marki, która wzmacnia część odpowiedzialną za mocowanie paska na nadgarstku. Dobra wiadomość dla osób uczulonych na wszelkie metalowe elementy dotykające skóry – tu prawdopodobieństwo reakcji alergicznej jest znikome. Dodatkowy atut płynący ze spójnej konstrukcji (prawie jak odlana z jednego kawałka) to fakt wodoszczelności do 5 atmosfer (czyli około 50m). Nie jest to może sprzęt nadający się do nurkowania głębinowego, ale wypad na basen czy wyprawa w deszczu, zdaniem producenta nie powinny urządzeniu w żaden sposób zaszkodzić.

Głównym elementem interakcji z urządzeniem jest monochromatyczny, dotykowy ekranik OLED. Doskonale czytelny zarówno w nocy jak i w pełnym słońcu. Co na nim? Godzina z datą, tętno, ilość kroków przebytych, ilość kroków do zrobienia (sam sobie to ustala, można zmienić), odległość, wiadomości i pozostałe informacje. Reaguje czasem na muśnięcie, czasem niestety trzeba solidnie stuknąć.

Mocowanie na nadgarstku jest dość pewne, choć średnio wygodne przy zapinaniu. No ale w końcu to opaska fitness i nie jest liczona na ciągłe zdejmowanie i zakładanie, tylko na stałą obecność. Przynajmniej przez tyle czasu, na ile wystarczy nam bateria.

Komunikacja między opaską a innymi urządzeniami przebiega za pomocą Bluetooth Smart lub kabla pod USB. Dzięki tym dwóm formom współdziałania możemy synchronizować wyniki na bieżąco, lub co jakiś czas. Nie ma obaw. Pamięć urządzenia zapisuje do 4 tygodni pomiarów, zatem nic nam nie przepadnie zbyt szybko.

W pudełku znajdziemy kabel z ładowarką pod USB, opaskę Garmin Vivosmart, szlufkę zabezpieczającą pasek i instrukcje. Nie za wiele, ale więcej prawdę mówiąc nie potrzeba. W zestawie nie ma co prawda zasilacza, jednak urządzenie naładujemy dowolną kostką z wyjściem na USB lub bezpośrednio z laptopa/PC.

Oprogramowanie

Obsługa przebiega za pomocą dotyku a urządzenie, dzięki synchronizacji przez Bluetooth, pokazuje nam nie tylko godzinę i pomiary aktywności, ale również powiadomienia o wiadomościach, połączeniach czy ostatnich wpisach na społecznościówkach. Jak się łatwo domyślić, wyłączenie synchronizacji bluetooth funkcje informacyjno-społecznościowe uśmierca.

Ważna informacja – Vivosmart współpracuje z ograniczoną ilością urządzeń mobilnych. Po pierwsze, Android musi być minimum w wersji 4.3 a iOS w wersji 7, po drugie musi obsługiwać Bluetooth Smart.  Zatem zanim się zdecydujecie na zakup, musicie być świadomi, że tylko sprzęt najnowszej generacji jest w stanie obsłużyć opaskę. Natomiast urządzenia z Windows Phone czy Blackberry OS na pokładzie, nie podołają wyzwaniu. Na stronie producenta znajduje się wykaz kompatybilnych urządzeń.

Tu wiadomość dla userów Blackberry – nawet jeśli korzystają z dobrodziejstw Snap lub Amazon, aplikacja Vivosmart Connect (mimo możliwości pobrania i instalacji) nie będzie funkcjonować prawidłowo. Problem jest software’owy, ponieważ mój Q5 znajduje się na liście urządzeń wyposażonych w Bluetooth Smart  a niestety, aplikacja wyrzuciła błąd braku adekwatnego modułu. Myślę, że w przypadku innych Jeżynek będzie podobnie. Zalecam powściągliwość przy ewentualnym zakupie, by nie było potem rozczarowań.

Na szczęście jest jednak tak źle, jak się wydaje. Nawet jeśli brak nam sprzętu najnowszej generacji lub z jakiegoś powodu aplikacja odmówi współpracy, można pobrać oprogramowanie na poczciwego PCta z Windowsem lub Mac OS i z jego poziomu synchronizować wszystkie dane.

I tu wchodzimy w szczegóły samej aplikacji i synchronizacji sprzętów. Od razu na wstępie przygody z Vivosmart musiałem się borykać z problemami. Urządzenie przyszło do mnie w stanie “używanym”, co akurat w przypadku sprzętów wysyłanych na testy nie jest szczególnie dziwne, ale jakiś żartowniś z poprzedniej redakcji postanowił zaimplementować język Duński. W efekcie, zamiast na spokojnie zainstalować aplikację na iPadzie i sparować przez Bluetooth z opaską, musiałem najpierw dostać się do niego z poziomu komputera. “Na kablu” zmienić język i dopiero przystąpić do dalszych czynności. Zalecam tą formę wstępnej konfiguracji. Jest bardziej klarowna i czytelna.

Jeśli ktoś się spodziewa polskiej wersji językowej, to od razu mówię – nic z tych rzeczy. Wybór jest niewielki, ale na szczęście znalazł się na liście język angielski.

Drugim problemem jaki mnie dotknął (a o którym bym nie wiedział, gdyby sprzęt nie był wcześniej u kogoś w użyciu) to właśnie synchronizacja. Urządzenie, mimo że założyłem nowe konto, przeniosło mi wyniki poprzedniego użytkownika. Wygląda więc na to, że przy odsprzedaży będzie dobrze, jeśli poprzedni użytkownik wyzeruje urządzenie poprzez funkcję “Wyzeruj po synchronizacji”. Warto o tym pamiętać i uczynić ten ukłon w stronę kupującego, który chciałby zacząć treningi z czystym kontem. Brak prostej opcji twardego resetu/przywrócenia do ustawień fabrycznych uważam za sporą wadę. Wszyscy przywykliśmy do takiej funkcji w elektronice i tu, moim zdaniem, również powinna występować.

Użytkowanie

Co Vivosmart robi, a czego nie? Po kolei.

Robi:

  • pokazuje aktualną godzinę i datę (można to ustawić manualnie lub opierać się na synchronizacji z urządzeniem przenośnym)
  • liczy kroki wykonane w ciągu dnia (można sobie ustalić wynik jaki chcemy osiągnąć)
  • wskazuje czas bezczynności (i ma interesującą manierę do włączania wibracji i wyświetlania “MOVE!” jeśli siedzimy zbyt długo)
  • podaje liczbę spalonych kalorii w danym dniu – w tym te aktywne i pasywne
  • wylicza dystans pokonany w danym dniu (kilometry lub mile)
  • współpracuje z kompatybilnymi prędkościomierzami rowerowymi (odczyt szybkości)
  • współpracuje z kompatybilnymi czujnikami tętna (pulsometr)
  • pozwala na zdalne sterowanie sparowaną kamerą sportową VIRB
  • pozwala na zdalne sterowanie odtwarzaczem muzyki w sparowanym urządzeniu
  • pokazuje liczbę nowych powiadomień ze sparowanego urządzenia (wraz ze skrótem wiadomości)
  • monitoruje sen (można funkcję aktywować ręcznie lub ustawić zwyczajowe godziny snu)

Nie robi:

  • nie umożliwia odbierania czy rozłączania połączeń
  • nie posiada własnego GPS (czyli nie zapamięta dla nas tras, ilości okrążeń, międzyczasów itd)
  • nie ma budzika
  • nie obsługuje zdalnego sterowania innych odtwarzaczy muzycznych niż domyślny odtwarzacz (żadne Spotify czy Deezer nie wchodzą w rachubę)
  • aby zaczęło zapisywać aktywność fizyczną, należy tą funkcję ręcznie uruchomić, jeśli tego nie zrobimy – niczego poza ilością kroków, (która działa w tle cały czas) nie zapisze.

W sytuacji gdy Vivosmart sparowane jest ze smartfonem, otrzymamy powiadomienia o wiadomościach, mailach (na które czasem czekamy i nie chcemy przeoczyć) a nawet odszukamy słuchawkę zakopaną pod stertą papierów czy poduszką. To przydatna funkcja, jednak wymusza nieustanną synchronizację po Bluetooth. Ta z kolei może skrócić czas działania obu urządzeń. Coś za coś.

Warto zaznaczyć, że krokomierz to tylko krokomierz, ale w Vivosmart zastosowano akcelerometr, który podaje uzyskaną odległość. Parametr ten może pomóc w przypadku prostych treningów biegowych, nie są to jednak informacje szczególnie dokładne. Przykład? Proszę bardzo: aplikacja biegowa z GPS podała mi wynik 8 km a opaska naliczyła 10 km w trakcie tej samej, małej przebieżki. Któremu urządzeniu wierzę? Niestety temu z GPS, bo sprawdzałem kilkukrotnie, czy podaje prawidłowe odczyty a odcinek wykorzystany do testu znam doskonale.

Wniosek – Vivosmart zawyża wyniki i to znacznie. Jeden kilometr na cztery. Licząc krótkie wybiegania co drugi dzień ze średnio 2-3 km nieuzasadnionej nadwyżki, przez miesiąc  da nam od 30 do 45 kilometrów, na których nawet nie postawiliśmy buta. Jeśli ktoś się szykuje do zawodów albo chce dokładniej sprawdzać swoje postępy, powinien sobie odpuścić to urządzenie. Z kolei jeśli chodzi o samo rozpoczęcie aktywności i pomiar czasu jej trwania – wystarczy. Co prawda poznacie jedynie przybliżone oraz uśrednione wartości, nie mniej jednak, gdy brakuje  profesjonalnego zegarka biegowego lub smartfonu z GPS – jest to jakieś rozwiązanie.

Czas pracy i sprawy techniczne.

Na zasilaniu bateryjnym, zgodnie z zapowiedziami producenta, urządzenie powinno działać do 7 dni i dokładnie tyle “pi razy drzwi” wytrzymuje. U mnie działało sześć i uważam to za całkiem przyzwoity wynik w porównaniu ze smart watch’ami, które tak naprawdę dużo więcej nie robią.

Jeśli chodzi o wodoodporność, jako człowiek aktywny, nie omieszkałem sprawy zbadać w użyciu. Zabrałem urządzenie na basen i faktycznie – Vivosmart przetrwał godzinę pływania. Czy to nie piękne? Piękne. Z zastrzeżeniami. Otóż w trakcie niezbędnych ruchów, które miały na celu przemieszczanie się w wodzie, wyświetlacz włączał się samoistnie, przerzucał ekraniki i ogólnie żył własnym życiem.

W pierwszej chwili, nabrałem podejrzeń, że mit o wodoszczelności właśnie został obalony i opaska, mówiąc brzydko, sypie się jak zboże na tory. Nic z tych rzeczy. Jest naprawdę dobrze zabezpieczona przed przeciekami. Dopiero po chwili prób pojąłem istotę problemu, a raczej doszedłem do dwóch opcji: albo w woda w basenie wykazuje własną inteligencję i bawi się urządzeniem licząc, że nie zauważę; albo opór jaki stawia ciecz podczas gdy młócę rękami jest wystarczający by ekran reagował nań jak na dotyk. Jedno jest pewne – nie do końca pomyślano o tym, że ludzie nie leżą grzecznie na dnie gdy już wejdą do basenu.

Kolejną rzeczą jaka mnie rozbawiła (choć powinna przejąć grozą) jest moja nocna aktywność. Zgodnie z założeniami dobowego zliczania kroków, opaska zeruje się o północy, czyli w czasie, gdy nie tylko piłuję pieniek od jakichś dwóch godzin, ale zaczynam wchodzić w fazę snu głębokiego. I okazało się, że wchodzę w te fazy snu z takim zacięciem, że do rana narąbałem 24 kroki.  Jak? Nie wiem. Postanowiłem sprawdzić odległość między łóżkiem i łazienką (w końcu to, że wstałem gnany potrzebą i o tym nie pamiętam jest w jakimś stopniu możliwe). Niestety teza upadła bowiem w żadną stronę nie wychodziło 24. Za blisko. Zbadałem więc podejrzenie podróży do kuchni. Za daleko. Wnioski? Wychodzę z łóżka na przedpokój, zawracam w połowie i kładę się spać. Tudzież nigdzie nie wychodzę a opaska liczy za kroki machanie rękami przy obracaniu się na drugi bok. Kolejnej nocy byłem jeszcze bardziej zadziorny i zrobiłem 36. Potem przestałem zwracać uwagę i wierzyć w cokolwiek co opaska pokazuje. Poza godziną i datą.

Podsumowanie

Przyznam, że opaska Vivosmart od Garmina to dziwny twór. Jeszcze nie smart watch, ale już coś więcej niż krokomierz (czyli to, co robią najprostsze opaski fitness). Na pewno ma kilka istotnych zalet. Po pierwsze zastąpi nam zegarek i przy okazji zadba, byśmy się za bardzo nie zasiedzieli. Po drugie pozwoli nam monitorować codzienną aktywność i zachęci do zwiększenia wysiłku. Po trzecie, możemy zabrać ją na basen bez obaw o przykre skutki zamoczenia (gdy smartfon bezpiecznie leży w szatni). Po czwarte, pozwoli odszukać zapodziany telefon oraz poinformuje o nieodebranych połączeniach i wiadomościach.

Przyznam, że jako alternatywa do przereklamowanych, topornych i fatalnych pod względem czasu działania smart watch’y jest dość ciekawym pomysłem. Zrobi właściwie to samo, tylko nie na kolorowym wyświetlaczu, a przy tym podziała zdecydowanie dłużej. No i wygląda przy tym bardziej schludnie i elegancko.

Ma jednak szereg wad, które w mojej skromnej opinii ustawiają ją daleko od słowa fitness i sprawiają, że nie nadaje się do konkretnej, nawet jeśli amatorskiej, aktywności fizycznej.  Przede wszystkim jest to duża niedokładność pomiarów (rzekłbym nawet, że mierzy kreatywnie), niebezpieczeństwo przełączania funkcji w czasie pływania (realne, bo dokładnie tak się dzieje), “nocne eskapady” o których dowiemy się rano, ograniczona ilość kompatybilnych urządzeń przenośnych i cena. 169 €, czyli ponad 700 złotych, to nie jest mało.

W dodatku mam wrażenie – a przejrzałem sporo różnych recenzji – że tak naprawdę nikt rzetelnie Vivosmart nie przetestował. Wszystkie brzmią mniej więcej jak “Oh jej! Liczy kroki! Liczy kalorie! Pokazuje wiadomości! ALE SUPERANCKO. Oj oj.” Przy czym żaden testujący nie sprawdził co i jak liczy, czy to się do czegoś przydaje i co w związku z powyższym. Taka trochę euforia z okazji mrugającej lampeczki.

Czy jest zatem w ogóle grupa, której bym polecił to urządzenie? Tak. Nawet trzy.

Spacerowicze – naprawdę początkujący fani spędzania czasu w ruchu, którzy potrzebują dodatkowego motywatora, by poderwać zacne cztery sprzed komputera.

Rowerzyści –  z odpowiednim czujnikiem , bo dzięki niemu pomiary mogą być dokładniejsze, a to już zaczyna mieć jakiś sens.

Posiadacze pulsometru – którego nie mają z czym sparować.

No i oczywiście jeszcze jedna, dość nieokreślona grupa, czyli wszyscy, którzy szukają czegoś więcej niż zegarek, a przy tym chcą być cały czas na bieżąco z kontami społecznościowymi, powiadomieniami z sieci i chcą to czynić dyskretnie.

Leitz Complete Multi-Case With Privacy Cover

Wcześniejszy wpis

Dobre bo polskie – Alrauna Studio

Następny wpis

Powinny Ci się spodobać

Więcej w Akcesoria