7

 

System Android to, zgodnie z obiegową opinią, jeden z bardziej rozbudowanych i modyfikowalnych się OS’ów na rynku. Spotkamy go, zgodnie ze statystykami, w ośmiu na dziesięć urządzeń mobilnych. To ogromna a właściwie miażdżąca przewaga nad konkurencją. Mimo to, a może właśnie dlatego, uważam, że nie ma gorszego dziadostwa jeśli chodzi o oprogramowanie systemowe i bez problemu swoje zdanie uzasadnię. Lecimy.

Pozorna otwartość, kwas dla mas.

Podatność na modyfikacje, personalizację i inne “acje” to sztandarowe hasło fanów zielonego robocika. Powtarzane jak mantra w Świątyni Wisznu. W gruncie rzeczy będąca bełkotem oszalałego geeka, który z braku dziewczyny czy innego hobby na świeżym powietrzu, doznał uszkodzeń intelektu i zaczął “gotować”. Cóż ten mały psychol gotuje? Romy. Czyli mówiąc oględnie – przerabia system. Z różnymi rzecz jasna efektami.

Można tu zarzucić, że właśnie wykopałem sobie grób, bo potwierdziłem możliwość wprowadzania zmian i otwartość Androida. Prawda jest taka, że nawet nie wziąłem saperki do ręki, bowiem pokażcie mi te wszystkie firmy i te wszystkie flagowce oraz tych wszystkich użytkowników, którzy ochoczo wespół w zespół grzebią w systemie.

Wskażcie mi tą utopię, gdzie nikt nie krzyczy na początku poradnika “INSTALUJESZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ GROZI UCEGLENIEM”. Zasugerujcie producenta, który z rozkoszą nie pokaże Wam środkowego palca bo naruszyliście gwarancję. A na koniec, pokażcie mi tych wszystkich szarych użytkowników, którym się w ogóle chce to robić i podejmować bzdurne ryzyko, oraz te wszystkie zbędne, ale systemowe aplikacje, które mogę usunąć bez grzebania w zabezpieczeniach. No śmiało.

Taki otwarty ten Android, że trzeba łamać postanowienia gwarancji, wgrywać lewe softy i modlić się, żeby wszystko poszło dobrze a urządzenie wstało po takim zabiegu. Tak. Seems legit.

Aktualizacja sr*cja.

Kolejną śpiewką pod publiczkę jest częste wypuszczanie łatek i aktualizacji. Po pierwsze, albo się coś robi porządnie i nie potrzebuje łatek (ludzie już zapomnieli, że im więcej trzeba poprawiać po majstrze tym większy dowód na to, że był on do bani) albo ludzi traktuje się jak darmowych beta-testerów i karmi ich szajsem aż spuchną. Z dumy. I to jest kolejny paradoks tego systemu – ludzie są dumni, że używają OS’u, który ciągle trzeba poprawiać. A najbardziej dumni są ci, którzy dostają najszybciej nowe wersje, które to wersje generalnie nic nie wnoszą i często sporo psują. Brawa i owacje.

Tu pojawia jeszcze jeden objaw chorobowy “androidziarzy”. Gorączka i wykwity krwawych plam na rumianych polisiach gdy takowej aktualizacji nie dostają. Zapluwa się taki pianą na producenta, na operatora, u którego nabył ratalnie swojego bieda-fona i stosuje strzeliste epistoły pełne pogróżek. A to, że już nigdy nie kupi, a to, że nie użyje a nawet nie spojrzy w stronę obrzydłego monopolisty. Taki będzie. Tak im wszystkim pokaże a oni tak strasznie zobaczą. HU HU HA KAZACZIOK.

Fragmentacja pistacja (żeby się nie powtarzać).

Lubicie pistacje? Ja nie bardzo. Są zielone i dziwnie smakują. Robocik też jest zielony i dziwny bo pofragmentowany. Czym jest właściwie to straszne słowo, kojarzące się nieodmiennie z wizytą w rzeźni lub próbami pozbycia się teściowej? Smętnym hasełkiem bez większego znaczenia. Wszystkie wersje Androida powyżej numeru cztery zaoferują Wam bowiem dokładnie takie same możliwości. Zadzwonicie, użyjecie przeglądarki, zagracie w gry, obejrzycie filmy. Ba! Wszystkie wersje poniżej, uwaga niespodzianka, TEŻ. Najlżejszym, najbardziej wydajnym i najlepszym systemem na smartfon/telefon był Android 2.3. Jeśli zakupicie sprzęt z tym systemem, to już właściwie macie wszystko, czego trzeba by skorzystać z dobrodziejstw sieci i komunikacji oraz multimediów.

Po co zatem Google narąbało tyle wersji, że powszechnym stało się powiedzenie o fragmentacji a problemy z kolejnymi aktualizacjami dla poszczególnych urządzeń weszły w kanon? Bo Android to syf, ale trzeba pokazywać, że idzie ku dobremu, prawda? Więc się tworzy i “usprawnia”. Każda nowa wersja jest szybsza od poprzedniej a ja czekam, kiedy wkroczy w nadświetlną. Bo musi to być już niedługo.

Każdy wuj na swój strój.

Kolejne przekleństwo tego systemu to producenci. Producenci uważają, że jeśli osioł idzie za wolno i ryczy, to trzeba mu dołożyć turystę na grzbiet. Turysta jest ładny, hamerykański, osiołkowi na pewno będzie miło, że może go dźwigać i przestanie drzeć papę oraz trząść pęcinami. W efekcie, dodają nakładki, które czasem zwiększają użyteczność, czasem pogarszają, ale mają jedną wspólną cechę – dodatkowo obciążają i spowalniają działanie systemu. Prawda, że takie działanie ma mnóstwo sensu? No ba! Przecież smartfon będzie dzięki temu taki inny, taki deb… nietuzinkowy!

Burdel ogarnięty pożarem

I z powyższego wynika kolejne nieszczęście – dublujące się aplikacje. Nie dość system jest zapchany, obciążony to nawet w formie “czystej” czyli bez nakładek obfituje w idiotyzmy następującego typu:

Chrome i Przeglądarka systemowa. Obie Googla. Obie najczęściej z automatu w systemie. Żadnej nie da się usunąć. Ja oczywiście rozumiem, że od przybytku głowa nie boli a od picia mleka jest się wielkim, tylko zawsze mnie zastanawia, czy panowie mają tam wszystkich w domu a jeśli tak, to czy zdrowych. Skoro dają przeglądarkę systemową to po co Chrome a jeśli Chrome (bo firmowy) to po jaki grzyb “systemowa”? Przecież robią dokładnie to samo!

Aplikacje do e-mail cierpią na to samo schorzenie. Mamy Gmail (bo firmowy), mamy Pocztę (bo systemowa i dodamy inne konta) a ostatnio doszedł jeszcze Inbox. Moim zdaniem przereklamowany, sztucznie napędzany pozornym ograniczeniem dostępu (zaproszenia), nieintuicyjny, brzydki i bezużyteczny. Mamy zatem trzy aplikacje do poczty, z czego dwie można by wyrzucić, ale da się tylko jedną. Czy to jest naprawdę takie trudne i intelektualnie nieosiągalne dla programistów Androida, by dać jedną skrzynkę na wszystkie konta, konfigurowaną na początku i nie odwalać kozy w rajstopach? Blackberry potrafi. Apple potrafi. WP potrafi. Tylko Android ma problem.

Czy po instalacji aplikacji do SMS’ów pozbędziemy się oryginalnej? Nie! Będą nam przychodzić podwójne powiadomienia. Czy fakt, że nie czytamy wiadomości a pogodę sprawdzamy na ICM ma dla systemu znaczenie? NIE. Będą łazić w tle “bo mogą, są systemowe”. Czy Galeria podmieniona na inną da się ruszyć? Ależ skąd! Będzie trzeba poustawiać domyślne programy do otwierania plików (na szczęście najczęściej tylko raz, co nie zmienia faktu, że siedzi nam na dysku). Bzdura na bzdurze i bzdurą pogania, ale nie do ruszenia bez łomu w postaci Root’a.

Masz grubą dupę? Ubieraj się na czarno.

Niby powyższe stwierdzenie ma sens, ale więcej sensu ma opcja “to schudnij”. Jest zdrowsza i na dłuższą metę mądrzejsza. Android nie daje mądrych rozwiązań. On daje krótkowzroczne, pozorne działania wizualne. To jest właściwie jedyna rzecz, jaką możemy w tym systemie zrobić. Zmienić tapetkę, launcher, dorzucić sobie trochę dzwonków i udawać, że mamy jakikolwiek wpływ na to, co pod tym wszystkim siedzi. Nie mamy. Nie mamy dostępu do niczego i cała ta opiewana otwartość na modyfikacje to bzdura. Nakładka na mózg. Zasłanianie ruchomą tapetą zdolności postrzegania. Tym jest właśnie Android. Grubym Amerykaninem z dużą szafą hawajskich koszul. Każda w innym kolorze, każda na inną okazję a czasem “producencka zbroja rycerska”, która go dociąży. Pod tymi wdziankami sadło, konająca wątroba i bałagan. Bo Android to syf a ludzie to barany, którym można wmówić wszystko.

 

Logitech Ultimate Ears BOOM

Wcześniejszy wpis

Lenovo Yoga Tablet 2

Następny wpis

Powinny Ci się spodobać

Więcej w Felietony