0

Statystyki nie pozostawiają złudzeń – model freemium zdominował świat mobilnych gier. Bez wątpienia deweloperzy uznali mikropłatności za najskuteczniejsze narzędzie walki z piractwem. Przy okazji wyszło na jaw, że sięganie do kieszeni ogarniętych amokiem graczy po drobne sumy jest o wiele łatwiejsze niż nakłanianie ich do jednorazowego wydania większej kwoty “na chłodno”. Niestety, rośnie ilość twórców oprogramowania zaczynających wykorzystywać bezwzględnie ten mechanizm, czyniąc ze swych produkcji dobra luksusowe, sprzedawane za wysoko oprocentowane raty.

Trudno się im zresztą dziwić. Jeśli w toku gry rynkowej któryś z twórców mniej lub bardziej świadomie przeszarżuje z ceną mieczyka, zaklęcia albo innej odporności na jad smoka, a mimo to odnotowuje rosnące przychody, ulega pokusie by powtórzyć „sukces” w przyszłości. Jednocześnie model dystrybucji wykorzystujący mikropłatności ewoluuje w niepokojącym kierunku. Początkowo drobne opłaty były tylko opcjonalnym ułatwieniem, pozwalającym na szybsze zaliczenie poszczególnych etapów gry. Obecnie coraz częściej nie da się kontynuować rozgrywki bez uiszczania co jakiś czas haraczu. Free to play zamienia się we free to pay.

Można znaleźć wiele przykładów gier, w których po przejściu na model freemium suma wszystkich mikropłatności wielokrotnie przewyższa pobieraną wcześniej jednorazowo opłatę. Problem stał się na tyle istotny, że Komisja Europejska zobligowała właścicieli największych sklepów z mobilnymi aplikacjami do przejrzystego i jednoznacznego informowania o pojawiających się w aplikacjach płatnościach i zaprzestania mylącego zaliczania ich do kategorii darmowych. Google Play zastosowało się do tych wskazówek, App Store na razie wykonuje uniki. Skuteczność takiego rozwiązania wydaje się jednak dość iluzoryczna. Nie sądzę, by te ostrzeżenia były w stanie odstraszyć znaczącą liczbę graczy.

Mikropłatności zadomowiły się jak dotąd głównie wśród gier, które odpowiadają za największą część obrotów w sklepach z aplikacjami i są zasadniczym celem piratów. Jednak straty ponoszą również twórcy programów użytkowych. Nie można wykluczyć, że i oni zaczną na masową skalę sięgać po model freemium. Nietrudno sobie wyobrazić np. edytor zdjęć, w którym kilka podstawowych, banalnych efektów dostępnych jest za darmo, a za odblokowanie pozostałych każdorazowo trzeba wysupłać parę groszy. Pół biedy jeśli suma tych wszystkich danin byłaby porównywalna z jednorazową opłatą wnoszoną w tradycyjnym modelu sprzedaży. Upierdliwość wielokrotnych transakcji on-line dałoby się jakoś znieść. Jednak praktyki obserwowane na rynku gier zmuszają do powzięcia obaw, że i tu odnotowalibyśmy znaczący wzrost kosztów. Obym był fałszywym prorokiem.

To że część mobilnych graczy jest skłonna do wydawania znacznych kwot w ramach systemu mikropłatności nie oznacza, że gotowi na podobne ofiary są wszyscy. Wraz z rosnącymi kosztami rozgrywki powiększa się popyt na „alternatywne” wersje gry oraz skłonność crackerów do grzebania w kodzie. Nie istnieją niemożliwe do obejścia zabezpieczenia. Istotne jest tylko czy ilość trudu włożonego w ich przełamanie przełoży się na wymierne korzyści. Mikropłatności ograniczają więc skalę piractwa, ale ich skuteczność jest tym mniejsza, im większa staje się pazerność deweloperów.

Zmobilizowane nowinki 25.10.2014

Wcześniejszy wpis

Kaprawym okiem – Społeczeństwo ślepców.

Następny wpis

Powinny Ci się spodobać

Więcej w Felietony