Wszyscy uwielbiamy urządzenia przenośne. Są modne, wygodne i, w obecnej dobie, całkiem funkcjonalne. Smartfony mają więcej rdzeni niż mój R.I.P stary blaszak, pięciocalowe ekraniki mają wyższe rozdzielczości niż telewizory FullHD. Postęp mknie z włosem rozwianym i łzami w oczach. Od pędu, rzecz jasna.
Ponieważ przenośność dotknęła również sprzęty nieco grubszego kalibru niż statystyczny telefon, zabrnąłem, jako fan nowinek, także w ten temat. I to wielokrotnie. Najpierw był pierwszy laptop od Acera. Jeden z tańszych, ale w tamtym czasie i tak dość drogi. Nieporęczne, trzeszczące plastikami pudło o baterii budzącej śmiech politowania. Byłem zachwycony. Szybko jednak okazało się, że ten narkotyk uzależnia bardziej niż się wydaje. Stacjonarne pudło z monitorem już wtedy zaczęło łapać kurz. Zasiadałem jednak do niego, gdy naszła mnie ochota by postrzelać do kosmitów, postrzelać do ogrów albo dla odmiany, postrzelać do samolotów.
Następny laptop miał trochę zastąpić maszynkę do gier i długo szukałem adekwatnego urządzenia. Padło na kolejnego Acera. Nie sprawdził się. Potem Asus – tu było już trochę lepiej, jednak również pojechał “w dobre ręce”. Znowu Acer, MSI, HP (najgorsze co można w tej kwestii kupić) i tak dalej. Blaszak tymczasem porastał pajęczyną a na warstwie kurzu powstała odrębna cywilizacja i zaczęła latać w kosmos. Przerażony, oddałem go na cele charytatywne.
W mieszkaniu zrobiło się trochę przestronniej, biurko przestało zawalać miejsce w kącie. Postawiłem tam fikusa. Usechł. Podejrzewam, że część Kurzowego Ludu terraformowała doniczkę i wykończyła biedne zielsko. A może zapomniałem o podlewaniu? Mniejsza o to. W każdym razie, moja przestrzeń życiowa zyskała dodatkowy metraż a przy tym wyzbyłem się starego nawyku siedzenia po nocach przy komputerze. Teraz siedzę po nocach przy laptopie. Czasem półleżę. Ostatecznie rujnuję mój wzrok i kręgosłup w wygodniejszy sposób.
Wygoda zmusiła mnie niestety do pójścia dalej z uzależnieniem. Laptop, według najnowszej mody zwany notebookiem, który był w stanie uciągnąć takie pozycje jak Skyrim, Wiedźmin, Thief czy inne nowe gry, waży swoje. Ekran musi być odpowiednio duży, podzespoły mocne. Do tego dochodzi niezbędna podkładka, bo taki kombajn będzie się grzać, po porostu musi. Cóż mogę powiedzieć… Lubię bić wroga na wysokich detalach. Jednak ta hucząca wiatrakami i mrugająca diodami maszyneria, jest zwyczajnie niewygodna a nawet rzekłbym nieporęczna. Szczególnie, gdy chce się tylko napisać tekst albo obejrzeć film. Wbrew pozorom, klawiatury “dla graczy” nie są wcale dobre “dla pisarzy”. Wtedy wpadłem na pomysł zakupu drugiego notebooka. Mniejszego, lżejszego ale nadal dość wydajnego, by czasem w coś zagrać bez targania ponad trzykilogramowej, gameingowej krowy. Coś PRZENOŚNEGO dalej niż z pokoju do pokoju. I się zaczęło.
Początkowo uderzyłem w 10 cali, czyli netbooki. Wybrałem możliwie najwydajniejszy z tej rodziny, o świetnych przebiegach na baterii. Pełen wstydu pozbyłem się go szybciej, niż chciałbym przyznać. Do tej pory zastanawiam się, jak to możliwe, by w obecnych czasach sprzedawać sprzęt o wydajności gorszej niż smartfon. Naprawdę gorszej.
Nie zraziłem się jednak i szukałem dalej. Następne w kolejce były 14 calowe notebooki, na dość mocnych, nieomal gameingowych podzespołach. Jak się okazało, słowo “nieomal” było kluczowe. Wszystkie grzały się jak piekielne kotły ze smołą i cierpiały na permanentny throttling. Co taki throtling oznacza w praktyce? Zagrasz sobie do momentu, w którym grafika i procesor złapią wysokie temperatury. Potem urządzenie broni się przed spontanicznym samozapłonem, obniżając taktowanie. Gra zaczyna ciąć, obudowa parzyć. Koniec zabawy. Za to można na szybko jajecznicę machnąć, o ile ktoś celuje w kuchni ekstremalnej.
Wtedy zgłupiałem do reszty i poszedłem w ultrabooki. Uwierzyłem w te wszystkie obietnice producentów. W niezwykłą moc, lekkość, cuda na kiju i garbate aniołki. Zostawiłem w spokoju wymagania gracza, godząc się na przetasowania sprzętem do konkretnych zadań i postawiłem na mobilność przez wielkie M. Nie wyszło mi to na zdrowie.
Producenci mamią nas cyframi. Tyle rdzeni, tyle ramu, dysk taki duży. Wow. Upychają to całe dobro w obudowy grubości skoroszytu w twardej oprawce. Czasem nawet zbliżają się do niego rozmiarami. Jednak fizyki nie oszukasz. Każda próba narzucenia wysokich obrotów skończy się skokami temperatury, zacinaniem i innymi, wątpliwymi atrakcjami. Bateria nie uciągnie więcej niż 4 godziny a jedyną zaletą staje się przenośność. Za grube tysiące dostajemy maszynę do pisania. Bardzo cienką, grzejącą się maszynę do pisania o małym ekranie. Która dodatkowo potrafi mieć kaprysy i, o zgrozo, po podpięciu do zasilacza działać gorzej niż na baterii. Zgodnie z tradycją mieszkańca blokowisk śmiechłem, skisłem, sprzedałem.
Rozżalony porażkami poszedłem do pierwszego z brzegu sieciowego molocha i kupiłem faktyczną “maszynę do pisania”. Za tysiaka. Po prostu wziąłem pierwsze matowe 15.6 cala jakie wpadło mi w łapy i było dostatecznie lekkie oraz sztywne gdy podniosłem je do góry jedną ręką. Wiedziałem już, że 13 czy 14 cala to za mało gdy spędza się przed monitorem sporo czasu. Wiedziałem już, że potrzebuję matowego ekranu by nie męczyć wzroku odbiciami. Wiedziałem już, że klawiatura musi być wygodna “od pierwszego dotyku”. Tak jak i to, że urządzenie nie może mieć super karty graficznej i “pincet” rdzeni, bo będzie parzyło nadgarstki nawet na wolnym biegu. A baterię, jaka by duża nie była, zeżre na moich oczach i nawet nie czknie. Matowa obudowa również była wskazana – im mniejszy syf, tym przyjemniejsza praca. Duży gładzik? Jasne! Biorę.
Wszystkie warunki spełniło urządzenie firmy, której nigdy wcześniej nie brałem pod uwagę przy zakupie. Gdy szukałem sprzętu i porównywałem parametry, w mojej opinii nie była dość dobra, wystarczająco mocna i odpowiednio “popularna”. Packard Bell EeasyNote ENTF71BM okazał się naprawdę “easy note”. Żadnego przegrzewania, szumu wentylatorów, bateria 7 godzin, filmy FullHD, przyzwoity ekran i bardzo wygodna klawiatura oraz gładzik. Nie jest najszybszą kaczuszką w stadzie, za to bardzo wygodną i wystarczająco żwawą by nie denerwować. Nie żaden ultrabook, który kosztuje krocie i może ładnie wygląda, ale nie nadaje się ani do gier, ani do codziennego użytku. Za to możemy go nosić pod pachą i super profesjonalnie oraz zamożnie wyglądać. Ktoś może powiedzieć, że gadam głupoty, albo mnie nie stać. Otóż stać. Jednak od internetowych “teoretyków” różni mnie fakt, że naprawdę odrobiłem w tym zakresie pracę domową i kilka zadań dla zaawansowanych.
Nauka kosztowała mnie bardzo dużo czasu i jeszcze więcej pieniędzy. Kiedy sobie pomyślę, że mogłem od razu podejść do sprawy logicznie zamiast wierzyć w zapewnienia producentów, które nijak się mają do praw fizyki i możliwości obecnej technologii… To mam ochotę podciąć sobie żyły śledziem w śmietanie. Wniosek jest bowiem tak oczywisty, aż zęby bolą.
Do gier kupuje się sprzęt z oznaczeniem “do gier”. Do pracy i niewymagającej, codziennej rozrywki natomiast, służy zupełnie inny rodzaj urządzeń. I jeśli ktoś wam wmawia, że ultrabook (lub dowolny inny produkt) nadaje się do wszystkiego, to możecie być pewni, że nie nadaje się tak naprawdę do niczego. A cała ta śpiewka ma wydrenować z was krwawicę. Ja swoje zapłaciłem i niech to będzie przestroga dla innych. Nie wierzcie ślepo w cyferki, benchmarki i TopTen’y. Szukajcie opinii użytkowników, pełnych testów i recenzji, które kładą nacisk na user experience, czyli po naszemu – na wrażenia z użytkowania. Tam kryje się wiedza tajemna, która obnaża szamańskie sztuczki producentów.







