Upadek Apple

Wiele w ostatnim czasie słyszy się złego na temat Jabłkowego producenta. Większość to zwykłe żale hejterów, nie związane tak naprawdę z niczym konkretnym. Ot, narzekanie by na narzekać. A to zegarek brzydki, a to Ive miał plamę na rękawie swetra, a to jeden dziennikarz nie wyglądał na porażonego emejzingiem i nie klaskał. Groza na poziomie małomiasteczkowego sprzedawcy jaj, co to byle czym się zachwyci i byle czym się przejmuje. No ale ludzie tacy są, nawet wkładki do butów mają swoich zwolenników oraz przeciwników. Jednak rozsądnie myślący człowiek dostrzeże, że są pewne znaki na ziemi i na niebie, które wróżą Apple źle. I to bardzo źle.

Nigdy nie byłem wielkim fanem tej firmy. Podchodzę bowiem do rzeczy zawsze sceptycznie i z pewną dozą nieśmiałości. Szczególnie ostrożny jestem w przypadku produktów, po które ludzie stoją w kolejkach po trzy dni, nawet jeśli mogą je nabyć bez żadnego problemu w dowolnym innym momencie. Generalnie czuję w takich sytuacjach lekkie przerażenie i podejrzewam kult, pranie mózgu i szatana. Nie znaczy to jednak, że produktów nie używam. Do niedawna byłem zdania, że nie bacząc na zupełnie poboczne aspekty, pod względem wyglądu i stabilności systemu, produkty z jabłuszkiem były po prostu najlepsze. Ładne, zgrabne z wygodną klawiaturą ekranową, przejrzystym i “pewnym” system, rozsądnymi gabarytami. Włączasz i działa. Firma kradła na potęgę rozwiązania od innych, ale umiała z nimi zrobić to, czego inni właśnie nie umieli. Dopracować, uprościć, zoptymalizować. Jednak w ostatnim czasie, choć nadal kradnie, drugą część jakimś cudem pomija. Żeby było śmieszniej, trudno pozbyć się wrażenia, że usilnie próbuje dopasować się do konkurencji, zarzucając kompletnie swoje podstawowe priorytety.

Początkowo zaczęli psuć system. iOS 7 zyskał wygląd Androida. Wizualnie nie podobał mi się wtedy i nie podoba mi się nadal. Jest to jednak kwestia gustu, a o gustach dyskutować nie ma sensu. Za to o stabilności można. I ta była od początku dyskusyjna. Zanim dokonałem upgrade’u wszystko działało płynnie, przyjemnie i dawało poczucie komfortu. Nadeszła 7 odsłona i nie dość, że wyglądało to gorzej, to na domiar złego podupadło na stabilności. Nie tak bardzo, ale jednak. Po prostu niektóre aplikacje lubiły się wyłączyć a raz czy dwa zdarzyła mi się wywrotka systemu. Apple jednak szybko dokonało poprawek, wypuściło łatki i jakoś to poszło. Poczucie komfortu miałem nieco niższe, jednakowoż wróciło do względnej normy. Każda aktualizacja trochę poprawiała działanie i nawet zacząłem wierzyć, że będzie tylko lepiej.

Wtedy przyszedł iOS nr 8. I mam ochotę sprzedać mojego iPada Mini. Nie po to, by kupić nowszy model, bynajmniej. Raczej, żeby się go pozbyć i nigdy więcej do tematu sprzętu Apple nie wracać. To już przestało być nawet zabawne, bo jeśli marudzenie na wygląd traktowałem z przymrużeniem oka a lekkie problemy ze stabilnością przyjmowałem ze spokojem (Android na tym tle wypadał dużo gorzej), tak teraz mam dość. iPad zwyczajnie “chrupie”. Chrupie jak no name z “Biedry”, kupiony za 150 zł. Przycina, laguje, nie reaguje na polecenia. Wiecie co robi przeglądarka? Doprowadza mnie do szału. Muszę przesunąć wyniki wyszukiwania w górę i w dół by móc w którykolwiek link kliknąć i zmusić do otwarcia. A gdy już się uda, to praktycznie za każdym razem, po chwili, widzę komunikat, że coś nie zabanglało i strona będzie załadowana ponownie.

Część aplikacji w ogóle nie daje się odpalić i trzeba je odinstalować a potem zainstalować na nowo. By nadal doświadczać sporadycznych wyrzuceń na ekran główny. O tym, że wszystkie zapisane w aplikacji dane idą się kochać przy deinstalacji nawet nie chcę wspominać, bo za bardzo podnosi mi się ciśnienie. Nie ma bowiem możliwości ich odzyskać gdy nie da sie otworzyć aplikacji i skopiować zapisanej zawartości. Mógłbym powiedzieć, że jestem niezadowolony, ale tak naprawdę jestem wściekły. Gdybym natknął się na Cupertyńskich czarodziejów od oprogramowania, to z przyjemnością powyginałbym im to srebrne “amelinium” na pustych łbach. Kupowałem iPada właśnie dla jego płynności działania, stabilności i dopracowanych aplikacji a dzięki ich staraniom mam jakiś upośledzony szrot wart tyle, ile mi dadzą za obudowę na skupie złomu. Nawet proste gry łapią klatkowanie. Najgorsze jest to, że nie mam żadnej możliwości powrotu do poprzedniej wersji systemu operacyjnego.

I to okaleczanie iOS jest pierwszym zwiastunem upadku firmy. Skąd ten wniosek? To proste. Dowolny inny system jaki weźmiemy pod lupę, z każdym kolejnym wydaniem zyskuje na szybkości, płynności, możliwościach i stabilności. Apple idzie w kompletnie odwrotnym kierunku. Dodaje duperelne wodotryski robiąc jednocześnie wielki krok w tył pod względem działania całości. I z każdym nowym numerkiem jest coraz gorzej.

Drugim jeźdźcem apokalipsy, że się tak zabawię w św. Jana, jest w mojej opinii iPhone 6. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko dużym wyświetlaczom i jeśli ktoś takowego potrzebuje, to niechaj go ma. Pies jest pogrzebany w niedopatrzeniu i zbyt daleko idącym podobieństwom do Samsungowych “paletek”. Niedopatrzenie to oczywiście łatwość zginania urządzenia w kieszeni. To, co nie zdarza się żadnemu innemu producentowi wielkich smartfonów, przydarzyło się Apple. Jak znamienny jest ten fakt, niech każdy sam oceni, ale dla mnie to jasny sygnał, że jabłka zaczęły być robaczywe i nikt w sadzie nie wie, jakiego użyć oprysku. Gdzieś zgubił się rozsądek. Ktoś zbyt lekko podszedł do tematu testów wytrzymałościowych. Szklane iPhone’y miały tendencję do tłuczenia się, ale co innego gdy zniszczymy urządzenie upuszczając je na beton a co innego gdy zrobimy to samo, nosząc je w kieszeni. Takich sytuacji po prostu być nie powinno. Szczególnie gdy łatwo przewidzieć, że smartfon zostanie błyskawicznie porównany do konkurencji. Co ujawni takie porównanie? No cóż, sprawa jest bardzo prosta. Apple goni innych producentów, ale zapomniało zabrać z domu nogi.

I to jest trzeci sygnał upadku. Nadgryzione jabłko nigdy nie “goniło”. Nikogo. Zawsze brało po prostu najlepsze rozwiązania, dopieszczało je, implementowało u siebie i pokazywało jak należy robić, by było dobrze. Wygodnie dla użytkownika. Magicy z Cupertino mieli swój system, swoje urządzenia, pracowali nad nimi i nadawali specyficzny sznyt całości. Nie próbowali ich do niczego upodobnić ani nikogo dogonić. Reszta świata mogła co najwyżej naśladować Apple – nigdy na odwrót. Do teraz.

Tendencja jest aż nadto widoczna. Z filozofii “My wiemy, co jest dla was najlepsze”, z którą w dużej mierze się zgadzam bo ludzie to w większości tłumoki, które trzeba prowadzić za rękę, przeszli na “Damy wam co chcecie, tylko nas kochajcie”. Z męskiej logiki przeszli w damską. Bez obrazy dla kobiet oczywiście bo nie jest to przygana sensu stricto, ale nie sprawdza się w biznesie.

Daleki jestem oczywiście od wieszczenia zagłady w jakiejś określonej, bliskiej przyszłości. Raczej zauważam oznaki, które każdą firmę położyłyby w końcu na glebę i docisnęły butem. Szczególnie jeśli to marka kreująca trendy. Analogicznie, gdyby nagle Maybach zaczął produkować Mercedesy, tylko gorsze i mniej dopracowane niż oryginalne, to w mgnieniu oka skończyłby się jako firma. Tak właśnie będzie z Apple, jeśli nie wróci dość szybko na poprzednią ścieżkę, albo nie wykoncypuje nowej. Tyle, że w pełni własnej.