0

To był zwykły rejs. Flauta, brak widoków na łup i guano gołębi lecące z nieba. Płynęliśmy z załogą przez morza asfaltu i rafy kostki brukowej a wieczór zdawał się bardziej nudny niż zwykle.

– Prawo na burt – zawołał nasz okrętowy majtek, Klunej. Tak, trochę obciachowa ksywka, ale tak naprawdę miał na imię Kamil. Wszystko było lepsze niż to. – Widzę ląd.

Wszyscy widzieliśmy. Urwiska Starbucks’a majaczyły na horyzoncie. Pora na małą dywersję u amatorów kwaśnych jabłek.

– No to panowie, do abordażu.

Wtoczyliśmy się do lokalu niczym wichura. W zębach połyskiwały złowrogo Samsungi, LG, Soniacze i nawet jedna Nokia. Klunej ostatnio ma zajawkę na WP i pastelowe kolory. Jak zacznie chodzić w rurkach, wywalę go z ekipy, przysięgam.

– Gruby idziesz po grog a reszta na stanowiska.

W każdej załodze jest jakiś Gruby. U nas to był Marcel i robił masę trochę za długo. Weszło mu w krew, potem w tkankę tłuszczową. Były też plusy. Łapy miał jak bochny więc mógł wziąć trzy tace z kawą na raz. Do dzwonienia używał dziesięciocalowego tabletu toteż łatwo zgadnąć jakie były gabaryty reszty naszego dzielnego Marcela. Swoją drogą, co za imię, Marcel. Co się dzieje z tymi rodzicami? Za dużo benzoesnanu sodu wyżera mózgi, jak Gibraltar kocham.

Rozsiedliśmy się przy oknie i każdy z dumą położył swoje cacuszko na blat. Groza emanowała z nas jak dym z uszkodzonego pieca kaflowego. Wiedziałem już od wejścia, że żaden rurociąg odmiennej orientacji nie podbije do takiej ekipy, żeby sugerować wyższość diety owocowej nad solidnym wpierdolem. No cóż. Znowu nudy.

Gruby przydryfował z kawą a ja zacząłem szukać jakiejś gry. Nie będziemy przecież tak siedzieć i pić tej czarnej lury. Nawet moja babcia robi mocniejszą. I to herbatę. Kochana staruszka, ale ma stare nawyki z pudła.

Wyszukałem w googlowym sklepie grę. Koniecznie z opcją walki po sieci, niech się załoga też zabawi. Recenzje dobre, screeny zachęcające. Tylko ta cena z dupy.

– Ej, zobaczcie. Prawie pięć zeta za takie padło. Jak wszyscy ściągniemy to wiecie ile nam wyjdzie? – Pokazałem ekran mojego pięciocalowca.

– Ile?

Nie spodziewałem się tego pytania.

Gorączkowe obliczenia dawały różne wyniki. Nie wiedziałem czy doliczać Kluneja czy bez niego. No i Gruby się przemieszczał w poszukiwaniu krzesła. Zaburzał mi kalkulacje.

– Policz sobie debilu. – Wybrnąłem. Nie ma nic lepszego niż trochę agresji. Szczególnie gdy sobie nie radzisz.

– Będzie z trzy dychy. Klunej i tak nie ściągnie na tego swojego wynalazka. Wszystko musi ze sklepu. – Student zarechotał szpetnie. Zawsze miał głowę do takich naukowych rzeczy. Co prawda wywalili go z Polibudy już na pierwszym roku, ale tylko dlatego, że nie umieli docenić geniuszu. W końcu włamał się na uczelniane servery i pokasował im tam coś ważnego. Nie jego wina, że mieli hasło “admin1”. Niby fart, ale był naszym grupowym haxorem. Mi nawet by nie przyszło do głowy sprawdzanie tego hasła. – Zaraz znajdę na chomiku… Rzuć tytuł. – Miał też najbardziej spasionego chomika z całej załogi.

Oczywiście znalazł, choć nie u siebie. Pierwszy link nie poszedł i chciał kasę, ale drugi już zadziałał. Coś tam się darło, że pliki mogą być niebezpieczne. Norma. Jak zawsze wrzuciliśmy ignora na przewrażliwione popiskiwania. Przecież nikt nie podepnie backdora albo innego robala pod gierkę za pięć zeta, c’nie? Komu by się chciało.

Gruby w końcu siadł na dupę i przystąpiliśmy do rozgrywki, z rzadka przerywanej siorbaniem lury i gromkimi pohukiwaniami. Wszystko śmigało pięknie a kolejne poziomy wskakiwały bez zgrzytów. No, może nie licząc powiadomień wyskakujących co jakiś czas, ale kto by to czytał. Wszystko po angielsku. Załoga była zadowolona, groza dymiła, rurociągi siedziały z zaciśniętymi pośladami byle dalej od nas. Życie było piękne. Nie licząc miny Kluneja, który usilnie próbował przecwanić system na swojej Nokii. Kolorowej jak warszawska Tęcza.

– Sprzedaj to padło i kup coś normalnego, n a a n d k u. – Zasugerowałem koleżeńsko w trakcie małej przerwy na animację między kolejnymi etapami. Klikałem “Dalej” już odruchowo, wiadomo, profeska. Nie pierwsza to była moja gra a na tej zaczynałem pocinać zawodowo. – Chociaż jak ciebie znam…

Nie dokończyłem, bo kątem oka wyłapałem czarny ekran na swoim wyświetlaczu. Utrzymywał się już trochę za długo. O wiele za długo.

– Ej, co jest. Też tak macie?

– No… Zawiecha. – Zdiagnozował Student i zajrzał do Bartka na jego LG. – Wszyscy to samo.

Bartek miał na imię Bartek. Taka zmyłka dla picu. Niestety zmyłka z prawdziwym imieniem nie sprawiła, że u niego gra chciała działać. Starożytne voodo zawiodło.

– Kurwa, jak mi wetnie mi poziom to… – Zemścił Młody. Owszem, jak w każdej załodze, był jakiś “Młody”. Ten był naszym nawigatorem, znał wszystkie meliny w mieście. – Odpalam od nowa.

– Próbuj. – Zgodziłem się łaskawie, jak na Kapitana przystało. W końcu nie po to się zostaje piratem, żeby szukać rozwiązań pisząc do twórcy gry. Sami sobie radzimy. Ahoj przygodo!

Oczywiście wcięło poziom. Wszystkim. Poza Klunejem, który nie grał bo ma cholerną Nokię. Po dłuższej walce z durną grą i pomyśle by znaleźć autora gry, a potem gościa z chomika i zrobić im obu wjazd na chatę, podryfowaliśmy do portu. Każdy do swojego, rzecz jasna.

O czwartej nad ranem dostałem sms’a z pogodą. Pół godziny później drugiego. Szału można dostać z tym spamem. Oba posłałem w niebyt, ale w drodze do Grubego, z którym to się ugadałem na małą robótkę, przyszedł trzeci. No wściekli się dzisiaj, nie ma co. Gruby miał dokładnie to samo, tylko jemu przychodziły horoskopy. Jakaś widać ogólno-krajowa akcja spamerska. Przez resztę tygodnia kasowałem te cholerne smsy a było ich po kilka dziennie. W niedzielę Student stwierdził, że dostał dwie i pół stówy rachunek do zapłacenia. Ha ha ha, co za młotek. Jednak coś mnie tknęło. Sprawdziłem swój.

I usiadłem.

 

Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany

Wcześniejszy wpis

HTC Desire 510

Następny wpis

Powinny Ci się spodobać

Więcej w Newsy