Zadziwiająca polityka Google

O atrakcyjności współczesnych systemów mobilnych w dużym stopniu decyduje dostępność i różnorodność aplikacji poszerzających funkcjonalność urządzeń, a także możliwość wygodnego zarządzania nimi, realizowana z reguły za pośrednictwem tzw. sklepu z aplikacjami. Nie inaczej jest z Androidem. Od początku, kiedy w naszym kraju pojawiły się pierwsze telefony z tym systemem, nieodłącznie towarzyszyła im ikona przedstawiająca torbę na zakupy z wizerunkiem zielonego robota. Półtora roku temu sklep, znany do tej pory pod nazwą Android Market, połączono z usługą Google Music, nazwano Google Play i zmieniono przy okazji ikonę. Z punktu widzenia Polaka zmiany były jednak czysto kosmetyczne, bowiem do dziś nie może on za pośrednictwem sklepu Google nabyć żadnego wytworu przemysłu muzycznego. Warto zresztą odnotować, że dyskryminacją objęto zdecydowaną większość nacji – w chwili obecnej dostęp do Muzyki Google ma zaledwie 21 krajów. Poza Australią, Nową Zelandią, Meksykiem i oczywiście Stanami Zjednoczonymi, reszta z nich leży w Europie (Rosja jedną nogą). Wykluczenie, z grubsza rzecz biorąc, dotyka wschodniej części naszego kontynentu, wyjątkami są Czechy i Węgry. Na marginesie dodam, że zasadniczy dział Google Play, oferujący aplikacje, pełen asortyment udostępnia w 134 państwach, w pozostałych (w większości afrykańskich, ale na liście są również, np. Chiny i Mongolia) obecne są jedynie aplikacje darmowe.

W Google Play sukcesywnie pojawiają się kolejne stoiska. Od niedawna mieszkańcy kraju nad Wisłą otrzymali przepustkę do półek z elektronicznymi książkami, dołączając tym samym do grona 44 uprzywilejowanych państw. Początkowo oferta była mizerna, ograniczała się do kilkudziesięciu anglojęzycznych, i przy okazji dość drogich pozycji, ale w chwili gdy piszę te słowa mamy już możliwość wybierania spośród 94 tytułów w ojczystym języku, z których zdecydowaną większość wyceniono poniżej 20 zł. Podobnie jak w wypadku melomanów, firma z Mountain View posłużyła się jakimś niezrozumiałym kluczem w selekcji moli książkowych według kryterium narodowego. W Afryce nadal w większości obserwujemy białe plamy, w Ameryce Południowej w sukurs osamotnionemu, muzykalnemu Meksykowi przychodzi Brazylia, Argentyna, Chile, Kolumbia, Peru i Wenezuela, w Azji elektroniczna literatura puka do drzwi Hindusów, Indonezyjczyków, Filipińczyków, Japończyków, Koreańczyków, Malezyjczyków, Tajów, Wietnamczyków, Tajwańczyków i Singapurczyków, natomiast w Europie Kaliope wzięła górę nad Melpomeną, docierając dodatkowo do mieszkańców kilku państw skandynawskich, Grecji, Rumunii i Turcji.

Popularność Nexusów znacznie wzrosła od momentu pojawienia się ich w Google Play. Nie bez znaczenia była również ich stosunkowo atrakcyjna, w porównaniu do porównywalnych, ogólnodostępnych urządzeń, cena. Jednak do cieszących się powodzeniem Nexusów 5 i Nexusów 7 dostęp mają jedynie obywatele 12 państw: Australii, Hong Kongu (czy to jeszcze państwo?), Indii, Japonii, Korei, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii, Kanady i USA. Ciekawostką jest, że poprzedni telefon referencyjny Google, Nexus 4, nadal jest dostępny w sklepie, ale tylko w Korei, gdzie zresztą jest wytwarzany (przez LG). Dla równowagi, produkowany w tym samym kraju przez Samsunga Nexus 10, jest dla jego mieszkańców nieosiągalny. Niechcący poszkodowani zostali również rezydenci Hong Kongu, Włoch i Indii. Reszta świata może obejść się smakiem, a nawet nie dane jej jest polizać sprzęt Google przez szybę, o czym można przekonać się, zapuszczając się nieumyślnie w zakazane rejony wszechsieci:

GPEerror

Elitę klientów Google Play stanowią Australijczycy, Kanadyjczycy, Anglicy i Amerykanie, bo tylko oni mogą studiować elektroniczne czasopisma. Podobnie można powiedzieć o mieszkańcach Japonii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, zaszczyconych dostępem do programów telewizyjnych. Nieco bardziej egalitarny jest dział filmowy, szczególnie po wczorajszym wcieleniu miłośników X Muzy z 13 kolejnych państw. Łącznie jest ich teraz 27 (państw, nie miłośników), nie popadajmy jednak w nadmierny zachwyt, bo wśród nich można znaleźć kraje chorobliwie przeludnione: Antiguę i Barbudę (90 tys. mieszkańców), Belize (nieco ponad 300 tys.), Fidżi (niecałe 900 tys.), państwa afrykańskie o słabo rozwiniętej infrastrukturze telekomunikacyjnej, czy też specyficzny kulturowo Nepal.

Możemy narzekać na słabe zaopatrzenie sklepu Google w Polsce, ale w identycznej sytuacji jak my jest wysoce ucywilizowany Singapur, czy Korea Południowa – ojczyzna Samsunga i LG, potentatów w produkcji telefonów z Androidem. A co ma powiedzieć rosnąca, niemal półtoramiliardowa potęga – Chiny, kiedy ma dostęp wyłącznie do aplikacji i to tylko tych bezpłatnych? Albo buddyjska Sri Lanka świeżo uhonorowana możliwością oglądania wytworów zachodniej kultury filmowej? Google na każdym kroku zapewnia, że pracuje usilnie nad poprawą dostępności poszczególnych usług, na razie jednak ich światowa mapa wygląda dość groteskowo. Jak długo przyjdzie czekać, kiedy sytuacja choć trochę znormalnieje?

Źródło: Google