Moje pięć lat ze smartfonami.

0

Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to „Jakie kutwa pięć lat?  Jakie smartfony? Gdzie mój rydwan?” No i się zaczęło. Wspominanie i próby oceny, co uważam za „smart” a co było po prostu telefonem plus.

Do tej pory nie znalazłem niestety żadnego powodu, by swojej pierwszej bestii o wdzięcznym imieniu Siemens SL45i nie nazwać smartfonem. A trudno ją w ogóle umieścić w przedziale pięciu lat wstecz. Raczej piętnastu, rzekłbym. To może Avila? Nie… To też w sumie jeszcze nie ten przedział co należy. Co w takim razie było pięć lat temu? Czym dysponowałem wtedy? Dalibóg, nie mam bladego pojęcia i musiałbym ostro pogrzebać w swoich archiwach, bo do tego dojść. Największym problemem jest chyba to, że rotację w urządzeniach mam sporą i ciągle szukam czegoś, co zaspokoi większość moich potrzeb i oczekiwań. Uznałem, że zamiast przedzierać się przez kolejne pozycje i próbować zachowywać jakąś chronologię i sens, pójdę nieco innym torem – co najbardziej utkwiło mi w pamięci w ostatnich latach? Które urządzenie?

W ostatnim pięcioleciu najbardziej zapamiętałem Samsung Galaxy Note 2. To był prawdziwy kolos. Paletka. Dachówka. Piękny, wymuskany i niewygodny w codziennym użytkowaniu jak sam diabeł. Początkowo nie widziałem jego wad, zapatrzony w ogromny wyświetlacz i rysik. Z czasem zaczęło się okazywać, że to nie jest narzędzie do pracy. Nie do mojej. Bojówki przestały być adekwatne i nie miałem gdzie tego pieroństwa nosić a żadna siła świata nie zmusi mnie do wynalazków pokroju „saszetki” czy innego paskudztwa pałętającego się przy pasie. O systemie nawet nie wspomnę, bo w moim skromnym odczuciu Android nigdy nie będzie się nadawał do rzetelnej roboty. Jest zbyt ciężki i zbyt niestabilny. Mnie nie stać na pisanie „rzeczy” od nowa bo się coś wykopyrtnęło. Ani na wyrzucanie z połączeń czy gubienie załączników e-mail. Jeśli ktoś twierdzi, że nie boi się tego używać do pracy to albo jego robota nie jest przesadnie czasochłonna i lubi zaczynać coś od początku, albo to czy ją wykona na czas i jak należy, nie robi aż takiej różnicy. Nikomu. Nie mniej jednak lubiłem ten smartfon na pewien pokręcony sposób i ceniłem walory rozrywkowe jakie zapewniał. Tak po prostu.

Kolejny flagowiec jaki zapamiętałem był egzemplarzem testowym, ale w tamtym momencie poważnie rozważałem jego zakup. LG G3. Fenomenalny aparat, choć ilość pikseli nie była najwyższa na rynku a zapis zdjęć skutecznie spowalniał szybkość laserowego focusa. Najbardziej bolały znów rozmiary, jednak planowałem go bardziej jako aparat z funkcją smartfonu niż narzędzie codziennego użytku. I na tym poległ. Nie lubię mieć za dużo różnych urządzeń po kieszeniach a myśl, że miałbym go nosić po prostu dodatkowo do zdjęć sprowadziła mnie na ziemię. Do zdjęć, dodatkowo, mógłbym też nosić pełnoprawny aparat fotograficzny. Ergo – bez sensu.

Wygrało Blackberry. Może nie grzeszyło super parametrami foto, ale wszystko inne było zbyt użyteczne by nie docenić. Świat może mówić co chce, ale fizyczna klawiatura zawsze wygra z ekranową. Przynajmniej w moich oczach. Wziąłem na próbę Q5 by zobaczyć czy da się na tym w ogóle pracować. W ciągu kilku dni zapalałem dziką namiętnością do Blackberry OS. Wszystkie inne systemy stały się nagle w oczywisty sposób upośledzonym kikutem dla tzw. „gimbazy” i innych przedstawicieli mniejszości intelektualnej. Nie tylko Hub, ale przede wszystkim wielozadaniowość z prawdziwego zdarzenia pokazały mi, jak można i jak POWINNO się ułatwiać pracę. I jeszcze coś, co skradło moje serce do końca. Nawet crash całego systemu nie był żadnym powodem, by zgubić mi dane z otwartej aplikacji. Po ponownym uruchomieniu mogłem swobodnie kontynuować tam, gdzie skończyłem. To, plus klawiatura i czegóż chcieć więcej.

W kwestii klawiatur mam jeszcze Samsungowego Chat’a na Androidzie i co ciekawe, nie potrafię się go pozbyć. Mimo fatalnego wyświetlacza i zapomnianego przez Boga i ludzi systemu, ma w sobie coś, co sprawia, że został jako sprzęt „na wszelki wypadek”. Gdyby zrobili podobny, z nowszym oprogramowaniem i lepszymi podzespołami, nie wiem, czy bym się oparł. Ma urok i rozmiar klasycznego batonika. Czegoś z czasów, gdy trzymanie telefonu w dłoni oraz obsługa jedną ręką nie były jakimiś super-ficzerami.

Jedynym względnie znośnym zastępstwem dla klawiatury fizycznej, jest wirtualny układ rodem z iOS. Nie pytajcie mnie, w czym jest lepsza od setek możliwych opcji dostępnych na Android. Nie wyjaśnię też, dlaczego wszelkie imitacje tejże nie do końca sprawdzają się w praniu. Jest w tym coś z pogranicza czarnej materii i jeszcze czarniejszej magii. Po prostu pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć. Kto zna kawał z krową i paskiem od spodni, ten zrozumie. Kto nie zna, będzie musiał mi wierzyć na słowo – nie ma lepszej wirtualnej klawiatury.

I to jest powód, dla którego zainwestowałem w sędziwego iPhone’a 4S. Ma rozmiary jakie mnie przekonują, aplikacje wystarczające do wygodnej pracy i klawiaturę ekranową, na której da się pisać dużo i szybko, plus naprawdę rozsądny aparat. A ponieważ mam dwa numery, służbowe sprawy śmigają na BB a prywatne na 4S. Dwa małe telefoniki. Można je upchać w kieszeń i zatańczyć Capoeirę. Zawiązać buta. Wsiąść do samochodu bez sięgania do kieszeni. Zrobić te wszystkie szalone rzeczy, o jakich posiadacze paletek muszą zapomnieć. Na przykład kucnąć.

Co z upływającym czasem? Ostatnio mały iPhone najwyraźniej zyskał rozsądnego następcę i jeśli nieco dłuższy korpus nie odstraszy mnie w czasie macania i przymiarek w sklepie, to możliwa jest przesiadka. Jeśli jednak stwierdzę, że gabaryty SE to już za dużo… Cóż. Wtedy po prostu poczekam na odświeżoną wersję mniejszego modelu.

Jak wspomniałem na wstępie, nie są to wszystkie smartfony jakie przeleciały przez moje ręce i kieszenie w ciągu pięć lat. Niektóre potrafiłem posłać do dobrych ludzi w szerokim internecie w ciągu dwóch czy trzech miesięcy. Sporo też było takich, które trafiały do mnie na testy i oddawałem je bez drugiej myśli. Dlatego wymieniłem wyłącznie urządzenia, które z jakiegoś powodu wytrzymały dłużej niż pół roku lub musiałem opędzać się kijem od ochoty na zakup.

Najpiękniejsze jest to, że dzięki tym pięciu latom miałem okazję wyrobić sobie opinię właściwie o każdym systemie i większości firm a przede wszystkim o tym, czego ja sam chcę od nowoczesnej technologii. Nadal nie straciłem ochoty na więcej i ciągle szukam ideału. I wiecie co? Oby nigdy nie przyszła chwila, w której powiem, że znalazłem.

Czego sobie, portalowi i ogólnie wszystkim życzę.