Steve Jobs – recenzja filmu

1

Na MobileWorld24.pl do tej pory próżno było szukać recenzji filmów. Jednak w ostatni piątek 13 listopada miał w Polsce premierę film, który geeków, szczególnie mobilnych, powinien zainteresować, mianowicie „Steve Jobs”. Czy warto wybrać się do kina na najnowszą produkcję o twórcy firmy z logiem nadgryzionego jabłuszka?

Najnowszy film o założycielu Apple nie jest pierwszą pełnometrażową produkcją biograficzną, przed dwoma laty debiutował na srebrnym ekranie Jobs, gdzie w Steve’a Jobsa wcielił się Aston Kutcher. Wówczas film zbierał średnie recenzje. Jak na tle poprzednika wypada Michael Fassbender?

Co do samej obsady została bardzo dobrze dobrana, Michael Fassbender pasuje (choć fizycznie Aston Kutcher bardziej przypomina Jobsa, szczególnie w młodości) jednak gdy widzimy go na ekranie po prostu mu wierzymy. Fassbender pokazuje nam jak zmieniał się główny bohater w stosunku do swojej rodziny, najbliższych przyjaciół na przestrzeni lat. Do kunsztu aktorskiego nie mam uwag. Podobnie jeśli chodzi o drugi plan czyli Kate Winslet jako Joanna Hoffman czy Seth Rogen jako Steve Woźniak. Wydają się te postaci z krwi i kości, mające własne uczucia i wizje firmy Apple.

Dla tych, którzy oczekiwali, że będzie to wiernie oddająca życie założyciela Apple’a biografia mogą czuć się mocno zawiedzeni po obejrzeniu produkcji, bowiem twórcy skupili się na trzech datach, a tak właściwie chwili w której to miała nastąpić oficjalna prezentacja najbardziej przełomowych urządzeń dla giganta z Cupertnio czyli rok 1984 – premiera Macintosha, rok 1988 premiera NeXT Computer oraz 1998 rok, gdzie zaprezentowano po raz pierwszy iMaca. Daty ważne, ale czy najważniejsze? Film sporo traci na fakcie, że są to jedynie drobne wycinki z życia Jobsa, tak właściwe streszczają najważniejsze momenty życia, dając jedynie namiastkę tego jak faktycznie funkcjonował Jobs. Inna sprawa, że to fragmenty jego życia, opowiadane tuż przed samą prezentacją kolejnego produktu giganta z Cupertino, wówczas naraz, przychodzą wszyscy jego znajomi, wrogowie czy rodzina i nagle zaczyna wdawać się w dyskusje czy sprzeczki. Moim zdaniem to wygląda dosyć kuriozalnie i może reżyser chciał nadać taki efekt specjalnie, że wszystko co się działo wokół Jobsa obracało się wokół nowych urządzeń wdrażanych na rynek, ale nie do końca mnie to przekonuje. Mimo, iż mamy tylko trzy lata z jego życia opisane film mocno się dłuży, w scenach zaczyna się wkradać powtarzalność i pod koniec odnosiłem wrażenie deja vu, gdzie bardzo podobne sceny rozgrywały się kilkukrotnie. Jednak taki podział na trzy okresy w życiu Jobsa daje nam jeden ciekawy efekt, mianowicie każdy z fragmentów filmów opowiadany w innym okresie został nakręcony inną technologią począwszy od 16 mm, poprzez 35 mm, aż po obraz cyfrowy. Całość pokazuje nam jak wyglądał postęp technologiczny na przestrzeni lat. Co do muzyki, ta jest dosyć charakterystyczna i dobrze wpisuje się w klimat produkcji.

Zdaję sobie sprawę, stworzenie dobrego filmu biograficznego nie jest łatwe, ale możliwe. Czego przykładem jest Social Network. Film o życiu młodego założyciela Facebooka interesuje od pierwszej do ostatniej sekundy. Tutaj sprawa wygląda zgoła inaczej, brakuje tego punktu, który by zaciekawił widza, nie wierzę, że życie Jobsa było nudne, myślę, że bez przeszkód będzie można nakręcić kolejny film traktujący o nowszych dziejach urządzeń sygnowanych logiem nadgryzionego jabłuszka, lecz czy fani będą chcieli pójść do kina na nową produkcję? Ja już jestem znacznie bardziej sceptyczny do tego typu tytułów, a gdyby czasem najnowszy film nie zarobił odpowiedniej ilości pieniędzy to Hollywood z całą pewnością nie zdecyduje się na kontynuację.

Film „Steve Jobs” polecam jedynie najbardziej zagorzałym fanom twórcy giganta z Cupertino, oferuje bardzo dobrą grę aktorską, kilka ciekawych rozwiązań, jednak pod względem scenariuszowym wiele brakuje i nie wszystko działa tak jak powinno. Film zasługuje na 6/10, ten dodatkowy punkcik zyskuje dzięki aktorom – zarówno pierwszoplanowy Michael Fassbender, jak i drugoplanowa Kate Winslet unieśli to brzemię i są fundamentem filmu „Steve Jobs”.

  • Jan Kowalski

    Nie wiem czemu, ale mimo tego, że jestem geekiem, to nie ciągnie mnie do tego typu produkcji. Nie oglądałem przygód żyda Zuckenberga i nie widzę powodu by się zagłębiać w życie frutarianina Jobsa. Nie interesują mnie ich losy tylko produkty (z czego w pierwszym przypadku i to nie, bowiem nie korzystam z twarzoksiążki). Nie uważam też, że trzeba czytać czyjąś biografię, by zrozumieć „emejzing” urządzeń. Jakichkolwiek. Po prostu nie ciekawią mnie ludzie tylko efekt ich pracy. Dobry czy zły, inna sprawa.