Garmin Vivoactive–W końcu coś ciekawego.

1

Nasza ocena

Wykonanie9.5
Użyteczność9.9
Bateria8.8
Cena/jakość8
9

Aktywny styl życia stał się ostatnio bardzo popularny w naszym kraju. Gdy zaczynałem biegać, leśne ścieżki, parki i polne trakty były pustym bezkresem. W ciągu dwóch ostatnich lat zaczęły się błyskawicznie zapełniać a tegoroczna wiosna to przyrost nieomal dwustuprocentowy. To daje producentom sprzętu sportowego świetlane widoki na przyszłość. Jednym z nich jest Garmin. Firma specjalizująca się w zegarkach sportowych, która od lat dostarcza urządzeń dla profesjonalistów i półamatorów, szpikując je najnowszymi technologiami. Nic zatem dziwnego, że w momencie pojawienia się smartwach’y (które już w pewnym zakresie firma produkowała), pojawiła się decyzja o wejściu na ten rynek. Tak powstał Garmin Vivoactive.

Jakiś czas temu recenzowałem dla was Garmin Vivofit, opaskę fitness, która mówiąc szczerze, nie zachwyciła mnie jakoś specjalnie. Głównie ze względu na niedokładność akcelerometru, którego specyfika zwyczajnie nie pozwala na zbyt szczegółowe pomiary. Czy Vivoactive zdołał zrobić na mnie lepsze wrażenie? O tym poniżej.

Design i specyfikacja.

Pod względem wyglądu dostajemy to, czego się można spodziewać – zegarek. Jest to zegarek dość spory, o kwadratowej kopercie i z dość szerokim paskiem. W całości wykonany jest z tworzyw sztucznych, łącznie ze spodem koperty, co z pewnością ucieszy wszystkich z problemami alergicznymi. W tym modelu zwyczajnie nie ma nas co uczulać ponieważ brak jest elementów metalowych. Oczywiście wszystkie modele tej firmy stosują co najwyżej stal z bardzo niską zawartością niklu czy tytan, ale znam osoby o tak wysokiej wrażliwości, że po prostu żaden stop nie wchodzi w rachubę. Zastosowane tworzywo i jego struktura sprawiają, że trzyma się całkiem nieźle nawet na spoconej skórze.

Koperta ma zaoblone rogi a pasek jest solidny, elastyczny i niesamowicie wygodny zarówno pod względem łatwości zapinania jak i noszenia. Gęstość otworów jest na tyle duża, że bez kłopotu dopasujemy zapięcie do naszego przegubu, bez obawy o wrażenie nadmiernego ściśnięcia czy luzu. Muszę przyznać, że używałem do tej pory różnych zegarków i Garmin Vivoactive wygrał pod kątem komfortu noszenia. Błyskawicznie zapomniałem o jego obecności. Nie gniecie, nie uciska, trzyma się zadanego miejsca i pozwala na wygodną obsługę.

Nieco gorzej ma się sytuacja z samym zegarkiem. Jest spory, rzekłbym, że typowo męski. Ale nie rzeknę, bo wersja jest unisex. Na kobiecym nadgarstku wygląda na straszną busolę, szczególnie jeśli to nadgarstek dość wątły, choć nadal może się podobać. Z kolei na mojej łapie umiał sobie zniknąć i zachować dyskrecję. Jedynie co bardziej spostrzegawcze osoby wyłapały zmianę w “biżuterii” i nikt mi nie zarzucił kryzysu osobowości, który często skutkuje przymierzaniem się do gadżetów nie przystających do “wieku i pozycji”. Przeciwnie. Design nie jest krzykliwy i jednakowo zgra się z dresem, jeansami czy elegancką koszulą. Wypróbowałem nawet ze spodenkami i czepkiem – nadal nie rzucał się w oczy mimo bardzo skromnego odzienia.

Mankamentem rozmiaru koperty jest jedynie sytuacja, w której zapniemy pasek bliżej dłoni, nad końcami kości przedramienia (te wypukłe gnaty). W momencie wykonywania niektórych ćwiczeń wymagających prostego kąta, na przykład w czasie pompek czy “desek”, koperta będzie nas gniotła w rękę. Przycisk znajdujący się na lewym rancie może być w efekcie aktywowany. Tu muszę jednak pochwalić projektantów. Po pierwsze samo wciśnięcie przycisku co najwyżej przeniesie nas do menu głównego i nic więcej. Po drugie, przycisk reaguje z odpowiednim oporem i “zapasem” więc nie jest to wcale łatwe bez użycia drugiej ręki. Z problemem można sobie bez trudu poradzić zapinając zegarek nieco wyżej.

Kilka słów na temat stacji dokującej. Zastosowano coś w rodzaju “korytka” z silnym magnesem. Dzięki temu nie musimy się zastanawiać czy styki dobrze dochodzą i czy wszystko jest na swoim miejscu. Nie ma po prostu innej możliwości. Wystarczy, że pozwolimy zadziałać fizyce, czyli zbliżymy tył koperty do stacji w odpowiednim ułożeniu (nie jest idealnie kwadratowa a styki są wyraźnie u góry, zatem będzie pasować tylko w jednym układzie) i zadzieje się magia technologii, czyli wszystko wskoczy na swoje miejsce by podjąć ładowanie lub kontakt z PC.

Warto wspomnieć, że w pudełku nie znajdziemy zasilacza, ale kabel stacji dokującej to zwykłe USB i będzie pasował zarówno do dowolnej kostki z tym wyjściem jak i do portu w komputerze lub laptopie.

Specyfikacja

Ekran: 205 x 148 px, kolorowy, dotykowy

Wymiary i waga: 43,8 x 38,5 x 8,0 mm, 38 g (z paskiem) 18 g (bez paska)

Bateria: litowo-jonowa (do 3 tygodni, 10h w trybie GPS)

Wodoszczelność: do 5 ATM (czyli jakieś 5 metrów zanurzenia)

System: producenta – kompatybilny z aplikacją Garmin Connect na iOS, Android, PC

Dodatkowe: Alert wibracyjny, kompatybilność z zewnętrznymi akcesoriami (ANT+), pilot VIRB, funkcje społecznościowe, powiadomienia (sms, kalendarz, pogoda, e-mail, facebook, inne aplikacje)

Zawartość pudełka: Vivoactive, ładowarka, dokumentacja

Cena: w dniu testu około 1000zł

Dostępna jest wersja biała i czarna.

Wyświetlacz

Rozdzielczość 205 x 148 px, dotykowy, kolorowy. Jednak najciekawszą funkcją tego małego ekraniku, jest pełna czytelność w słońcu. Rzecz nieosiągalna dla większości nowoczesnych wyświetlaczy. Jak Garmin rozwiązał ten problem bez instalacji potężnego podświetlenia? Przyznam, że dość sprytnie. W ogóle go nie ma na stałe i podświetlenie uzyskujemy dopiero przez przyciśnięcie “Power”. Cały trick to zastosowanie powłoki odbijającej naturalne światło otoczenia. Dzięki temu, im widniej, tym wyraźniej widać zawartość ekraniku. Z kolei w ciemności, musimy go sobie podświetlić. Prawda, że pięknie? Ma to jednak jeden zasadniczy mankament, który jest logicznym następstwem takiego udogodnienia. W marnie oświetlonych pomieszczeniach obraz wydaje się mało wyraźny, choć nadal odczytywalny. Czy to w czymś przeszkadza? Nieszczególnie. Wystarczy lekko przechylić rękę, a co za tym idzie tarczę w kierunku okna i sprawa załatwiona.

Jeśli chodzi o reakcję na dotyk, to jest ona jak najbardziej prawidłowa. Właściwie to zaskakująco dobra i tu producent odrobił “lekcje” z wyświetlaczy dotykowych na piątkę. Zegarek daje sobie radę również z mokrymi rękami, a nawet obsługą pod wodą.

Na osobne wspomnienie zasługuje fakt, że w przeciwieństwie do wielu innych producentów, Garmin nie ma “problemu” z tym, że wciskamy jakieś przyciski zegarka na mokro. Wodoszczelność jak widać dopracowano bardzo uważnie i Vivoactive jest pełnoprawnym akcesorium również dla pływających.

Bateria

Wielkie i miłe zaskoczenie. Garmin Vivoactive obiecuje 3 tygodnie i uważam, że nie są to obietnice mocno przesadzone. Najbardziej bateriożerny jest GPS, który pochłonie zasoby mocy w 10 godzin. To optymistyczna wersja, bowiem jednoczesne działanie synchronizacji Bluetooth z wszystkimi powiadomieniami i dwugodzinne wybieganie na “pełnych GPS-ach” zjadło mi prawie 20% baterii. Z kolei gdy wyłączyłem synchronizację i GPS, pasek baterii właściwie stał w miejscu przez kilka kolejnych dni.

Wniosek – spokojnie damy radę wyciągnąć blisko 2 tygodnie z normalnym planem treningowym. I jeszcze poczytać powiadomienia i smsy. Ładowanie trwa jakieś 2 godziny. To wszystko składa się na fantastyczny wynik energetyczny w kategorii Smart Watch a i niektóre opaski tyle nie wytrzymują.

Moduły komunikacyjne

Generalnie mamy dwa podstawowe moduły. Bluetooth i GPS. Oczywiście jest również opcja podłączenia Vivoactive do komputera przy pomocy stacji dokującej, jednak jak się łatwo domyślić, bardziej interesująca będzie technologia bezprzewodowa.

Za pomocą Bluetooth sparujemy nasze urządzenie z tabletem czy smartfonem. Wystarczy instalacja oprogramowania Garmin Connect i uzyskamy dostęp do wszystkich ustawień oraz synchronizację. Również sparujemy Vivoactive z akcesoriami z technologią ANT+ (na przykład pulsometry, czujniki rowerowe, kamery sportowe).

Z kolei obecność GPS z GLONASS i A-GPS to coś, co uważam za absolutny “must have” w tego typu urządzeniach jeśli chcą pretendować do miana akcesoriów dla ludzi aktywnych. Szczególnie w sportach, gdzie liczy się pokonana odległość, międzyczasy czy utrzymanie odpowiedniej prędkości na wyznaczonych odcinkach. Sam akcelerometr temu zadaniu nie podoła i czujnik GPS jest nieodzowny.

Jak się sprawuje moduł zainstalowany w Vivoactive? Rewelacyjnie. Pod tym względem, muszę przyznać, mądry zegarek Garmina zjadł swojego konkurenta i to bez popijania. W smartfonie, przy użyciu aplikacji Runtastic, która jest jedną z dokładniejszych na rynku, problematyczne są treningi przeprowadzane na bieżni. GPS lubi bowiem bieganie w kółko interpretować jako bieganie po liniach prostych. W efekcie, upraszcza sobie trasę obcinając łuki i skraca wyniki. Jeśli jest się tego świadomym oczywiście można sobie brać poprawkę i opierać się na mnożniku ilości okrążeń oraz czasu, ale po co, skoro można po prostu użyć Vivoactive i mieć dokładne, szczegółowe pomiary na bieżąco. Poniżej porównanie tej samej trasy na dwóch różnych urządzeniach. Wyraźnie widać, że wyniki z Garmina są dużo dokładniejsze i nie uświadczymy “biegów na skróty”.

Oprogramowanie

Zegarek to przykład tego, jak należy robić system tego typu, aczkolwiek nie obyło się bez drobnych problemów. Pierwszym była sytuacja, w której Vivoactive zwyczajnie mi się zawiesił i za diabła nie chciał się odwiesić. Próbowałem cierpliwością (zostawiłem go na jakiś czas licząc, że czkawka minie sama), prośbą (w końcu zacząłem przyciskać do popadnie), groźbą (użyłem obelżywych słów i podpiąłem go do ładowania) a na koniec zrobiłem mu hard-reset, czyli uruchomiłem od nowa poprzez długie przytrzymanie przycisku Power. Dopiero ta ostatnia czynność odmuliła urządzenie i od tamtego momentu do końca testów pracował płynnie.

Konfigurowanie dobrze jest zacząć od ustawienia danych w Profilu Użytkownika. Podajemy tam płeć, wiek, wagę, wzrost, płeć oraz możemy ustawić własne strefy tętna. Jeśli tego nie zrobimy, system dopasuje je automatycznie właśnie na podstawie podanych informacji.

Kolejną rzeczą będzie synchronizacja ze smartfonem lub tabletem. Parowanie urządzeń przebiega dość prosto. Na docelowym sprzęcie instalujemy Garmin Connect. Jest dostępny na większość platform systemowych. Następnie wchodzimy w Ustawienia w naszym Vivoactive. Znajdujemy Bluetooth, wyszukujemy opcję Sparuj urządzenie. To samo wykonujemy na smartfonie czy tablecie. Wystarczy wpisać pojawiający się na zegarku kod i gotowe. Następuje synchronizacja i możemy oglądać nasze osiągnięcia w aplikacji producenta.

Interfejs i obsługa Vivoactive są bardzo proste. Prawym przyciskiem wchodzimy do Menu. Mamy tam ikonki poszczególnych rodzajów aktywności (Bieg, Marsz, Pływanie, Jazda rowerem a nawet Golf czy ćwiczenia stacjonarne), Historię i Ustawienia. Po interfejsie przemieszczamy się przewijając strony jak pulpity w Smartfonie. Mamy przycisk Wstecz i Menu. Tego drugiego używamy po uruchomieniu danej dyscypliny, by dostać się do szczegółowych ustawień. Możemy tam zmienić sposób wyświetlania wyników, ustawić “okrążenia” (np.: domyślną milę zmienić na kilometr) czy wybrać kolor tarczy.

Wystarczy wybrać odpowiednią aktywność, poczekać aż uruchomią się odpowiednie moduły (pokażą się na pasku u góry) i wyskoczy powiadomienie, że możemy nacisnąć przycisk “Start”. Wygodne, prawda? Moim zdaniem bardzo i warto Garmina pochwalić – interfejs jest bardzo ergonomiczny i nie spędzimy pół dnia klikając i szukając odpowiedniej opcji. Nie musimy też szukać po Ustawieniach odpowiednich czujników by je aktywować – Garmin sam nam podpowie co jest niezbędne i uruchomi potrzebny moduł w tle. Jeśli sparujemy z urządzeniem dodatkowe akcesoria, ich działanie również się zsynchronizuje. Rewelacja.

I tu mała łyżka dziegciu na ten cały miód i wędzone ogórki. Synchronizacja ze smartfonem czy tabletem może być trochę grymaśna. Nie zawsze urządzenia dogadują się i przekazują sobie dane bez naszego udziału i li tylko gdy złapią się w zasięg. Nie udało mi się rozgryźć na czym problem polega, ale dwukrotnie musiałem sparować urządzenia ponownie, by zgrać wyniki z Gramina na tablet. Nie jestem też pewien, czy to wina samego Vivoactive czy po prostu Samsung z jakiegoś powodu ma sklerozę i po dłuższym rozstaniu z zegarkiem zapomina ustawienia. Ot, taki trochę słomiany wdowiec.

Możemy również dogrywać dodatkowe aplikacje/widgety czy instalować inny wygląd tarczy zegarka a funkcją “Find My” wywołamy telefon spod sterty gratów. Dodatkowo przypilnuje byśmy się nie zasiedzieli (dzienny licznik kroków z celem) oraz mamy możliwość wyczyścić urządzenie do ustawień domyślnych (kasowanie całej zawartości).

Co do samej aplikacji, nie mam większych zastrzeżeń. Daje nam dostęp do wszystkich niezbędnych informacji, wyników i porównań a także posiada rozbudowane zaplecze społecznościowe. Osobiście z tego drugiego nie korzystam, bowiem nie potrzebuję ani oklasków, ani nie biegam by się pochwalić znajomym. Nie mniej jednak wiem, że dla ogromnej rzeszy ludzi jest to nie tylko dodatkowa zachęta, ale ogólnie motor napędowy by wyjść z domu. Nie oceniam, nie ganię. Uważam, że nie ważne dlaczego, ważne, że w ogóle. I Garmin zabezpiecza również ten element.

Bardzo ciekawie rozwiązano w urządzeniu sprawę pływania. Jak zapewne wiadomo, ciężko na basenie o GPS, szczególnie pod wodą. Garmin wykorzystuje tu dość ciekawe rozwiązanie. Wybieramy długość basenu na jakim przyszło nam trenować i po prostu płyniemy. Zegarek bezbłędnie określa, w którym momencie wykonujemy nawrót i liczy nam kolejne długości. Możemy również ręcznie naciskać przycisk “Start” by zakończyć dany interwał (domyślnie długość albo wielokrotność basenu). Czas nie zatrzymuje się, licząc nam fazę odpoczynku i o kolejnym wciśnięciu robimy kolejną rundę. Proste, skuteczne i paradoksalnie – dość dokładne. Oprócz długości, czasu i interwałów otrzymamy również ilość ruchów, tempo czy SWOLF (efektywność – im mniej pociągnięć w odniesieniu do czasu i przebytej odległości, tym lepiej).

Ogólnie pod względem oprogramowania również jest piątka z plusem.

Drobne napomknięcie. Monitor snu uruchamiamy ręcznie. Oczywiście możemy ustawić typowe godziny nocnego wypoczynku w profilu użytkownika. Osobiście nie korzystam ze szczegółowego monitoringu bowiem dla mnie jest to zbędny bajer jeśli i tak muszę wstawać rano do pracy o określonej godzinie a kładę się jak mogę. Może dla ludzi parających się wyłącznie sportem określanie ilości i jakości wypoczynku jest ważne, jednak w większości przypadków (czyli szerokiej rzeszy półamatorów i amatorów) stanowi to “sztukę dla sztuki” i wiedzę o zerowej użyteczności. Informacje tego typu nie sprawią bowiem, że zacznę spać ani dłużej ani “inaczej”.

Podsumowanie

Garmin Vivoactive to, w przeciwieństwie do opasek fitness, bardzo ciekawa propozycja. Przede wszystkim należy pochwalić świetne wyniki baterii, wszechstronność i ergonomię użytkowania. Zastosowanie czujnika GPS czyni go autonomicznym akcesorium treningowym, dzięki któremu zabieranie ze sobą smartfonu staje się jedynie opcją a nie przymusem. Wszystko zależy od tego, czy chcemy na bieżąco sprawdzać powiadomienia czy nie.

Prawdę powiedziawszy, w mojej opinii urządzenia “fitnesowe” i smartwatch’e, które bez ciągłej synchronizacji stają się co najwyżej prostym zegarkiem z krokomierzem, są kompletnie daremne. Zbyt brzydkie by zdobić, za mało użyteczne by nosić osobno, za krótko działają na baterii by stać się “zegarkiem +”, uwiązane całkowicie do innego urządzenia, na którym zobaczymy to samo tylko wygodniej.

Tymczasem Garmin Vivoactive to coś, co może działać w oderwaniu od telefonu i to działać całkiem nieźle. Szczególnie przydatny, jeśli chcemy ograniczyć ilość targanych gadżetów do minimum. Pod tym względem jest bliski ideału. Czemu tylko bliski? Ideał byłby, gdyby zastąpił jeszcze przenośne MP3/Spotify. Wtedy w jednym urządzeniu miałbym komplet niezbędnych akcesoriów.

I taka mała dygresja na koniec. Ciekaw jestem, czemu miast upychać karty sim i pełnowartościowe procki do smart watch’y, nie odkurzą technologii pagerów? Taki zegarek-pager, który nam wyświetli nieodebrane połączenia drogą radiową, lub wezwie nas kodem do szybkiego powrotu, byłby całkiem ciekawym rozwiązaniem. Może Garmin wykorzysta właśnie tą technologię? Kto wie.

Póki co udało im się wykoncypować urządzenie, które wbrew pozorom nie kosztuje tak wiele. Jeśli komuś kwota niespełna tysiąca złotych wydaje się zbyt wygórowana, niechaj rozejrzy się po cenach zegarków z GPS. Względnie przyzwoity sprzęt (bez opcji smart watch i z mniejszą wydolnością baterii) zaczyna się od 500-600 zł. Poważne zegarki (nadal bez opcji smart) to już wydatek ponad półtora tysiąca. Garmin Vivoactive to więcej, za mniej. Warto? Moim zdaniem tak.