Reklamowa krzywa Laffera

0

Pod pojęciem tytułowej krzywej kryje się dość znana koncepcja w ekonomii, próbująca opisać zależność wielkości dochodów budżetu państwa od wysokości stawek podatkowych. Myśl przychodząca jako pierwsza do głowy komuś niezorientowanemu zdaje się podpowiadać oczywistą z pozoru zależność: wyższe stawki = większe dochody. Jednak zarówno bardziej wnikliwa analiza jak i praktyka pokazują, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Przy braku jakichkolwiek podatków państwo nic nie zarabia, to jasne. Z kolei wyobraźmy sobie sytuację, że fiskus odbiera przedsiębiorcom całość wypracowanych dochodów. Korzyść murowana, prawda? Ale na bardzo krótką metę. Po chwili firmy kończą działalność, nie płacą żadnej daniny, efektem czego również są zerowe wpływy do budżetu. Co się jednak dzieje gdy znajdujemy się pomiędzy tymi skrajnościami? Rosnące podatki w pierwszej fazie istotnie skuteczniej zasilają państwową kasę, ale wraz z ich dalszą eskalacją, obciążenia płatników stają się coraz bardziej dotkliwe. Jedni zaczynają więc ukrywać dochody i uciekać w szarą strefę, inni dają za wygraną, zamykając interesy. W obu wypadkach skutek jest ten sam – strumień podatkowych wpływów zaczyna się kurczyć.

Pragnę uspokoić Czytelników. Nie, nie jestem wszechstronnym zabieganym żurnalistą, który przez roztargnienie pomylił artykuły i redakcje. Skojarzenie z krzywą Laffera przyszło mi do głowy po ponownym zainstalowaniu gry „Cut the Rope: Time Travel”. Trudno nazwać mnie zapalonym graczem, ale w swoim czasie bardzo polubiłem serię łamigłówek studia Zepto Lab, gimnastykujących zarówno głowę jak i palce. Wszystkie poziomy „Time Travel” przeszedłem dawno temu. Brak uaktualnień gry i dokonana w międzyczasie wymiana smartfona spowodowały, że dopiero przed paru dniami powróciłem do tytułu, zwabiony pojawieniem się w nim zbioru nowych atrakcji. Przygotowałem się na ponowne przejście wszystkich etapów rozgrywki i rozpocząłem zmagania. Jakież było moje zdumienie, kiedy niemalże każdorazowo po pomyślnym ukończeniu pojedynczej planszy byłem atakowany reklamami i to niejednokrotnie ciężkiego kalibru, a do takich zaliczam niemożliwy do wyłączenia film trwający np. pół minuty. Niewtajemniczonym przy okazji wyjaśniam, że rozwiązanie wielu zagadek w całej serii „Cut the Rope” często zajmuje nie więcej niż kilka sekund, szczególnie komuś kto już kiedyś raz skutecznie się z nimi uporał. Reasumując, większość czasu spędziłem nie na graniu, a na podziwianiu pełnych rozmachu klipów promujących rozmaite produkty.

Pozbawione krzty umiaru bombardowanie graczy nachalnym marketingiem może wywołać u nich reakcje podobne do zachowań gnębionych podatników: jedni zaczną się bronić, używając przeróżnych technik ograniczających wyświetlanie reklam, inni porzucą irytujące gry. I znów skutek będzie podobny jak w przytoczonej wcześniej analogii – topniejące wpływy Google, „mobilnego ministra finansów”. W świecie darmowych aplikacji gracze są odpowiednikami podatników, płacącymi haracz w specyficznej formie – poświęcając część czasu przeznaczonego na rozrywkę na zapoznawanie się z marketingowym przekazem. Ten mechanizm najczęściej działa skutecznie, pod warunkiem że nie zastosuje się w nim wynaturzonych proporcji. Zwykle staram się nie blokować reklam, wychodząc z założenia, że twórcom aplikacji należy się wynagrodzenie za ich trud. Jednak w wypadku najnowszej odsłony łamigłówek autorstwa Zepto Lab zmuszony byłem uciec w „szarą strefę”. Po prostu całkowicie odciąłem w smartfonie dostęp do internetu.

Nie jestem deweloperem Androida i nie wiem kto ponosi większą odpowiedzialność za przeładowanie gier marketingowym balastem: ich autorzy, czy Google. Mam obawy, że zbytnia zachłanność może w dłuższej perspektywie przynieść szkody wszystkim beneficjentom wpływów z reklam. Nie tylko materialne, ale i wizerunkowe. A przy okazji nie wykluczam że rykoszetem oberwą niewinne stworzenia, jak na przykład przesympatyczny skądinąd Om Nom.