Przygody dzielnego pirata Krzysztofa część 2

0

Jak w słowach piosenki było, wiater wiał, kwiaty pachły a Gruby miał imieniny. Załoga postanowiła dokonać zrzutki i uhonorować ten dzień konkretniejszym ochlajem. Przecież nie kupią mu prezentu jak jakiejś dziewczynie. Dlatego stanęło na tym, że nic nie zachwyci Grubego bardziej niż solidna beczułka rumu. Z której to beczułki, rzecz jasna, każdy jednako skorzysta, bo nie można pozwolić kumplowi by pił w samotności. Niestety. W beczułkach nie było. Po krótkiej analizie sytuacji, uzbrojeni w kilka butelek zacnego trunku, staliśmy u drzwi niczym Załoga G. Zwarci i gotowi.

Ding dong. Drzwi otwarły się kilka głupich uwag później. Klunej pokazywał nam nowe etui do jego Nokii. Oczywiście z miejsca wyśmialiśmy pomysł bo cała ta jego Nokia wygląda jak etui do innego, normalnego smartfonu. Student zasugerował, że powinien w końcu kupić coś na andku inaczej zarost mu się nigdy nie sypnie przez ten pedalski telefon. Moryc rzucił żarcikiem, żeby nie wysyłać kolegi na zakupy bo przyjdzie z iPhonem. No i wszyscy rykli śmiechem. Klunej chyba się trochę obraził. Tymczasem drzwi zaskrzypiały a ja otwarłem szybko paszczę by adekwatnie powitać solenizanta.

– Ahoj żegla… Dzieńdobmłymeee.

– Marcel, koledzy do ciebie! – Głos pani Helenki rozszarpał leniwą ciszę przedpokoju i mój płat czołowy. Gdybym kiedyś zechciał montować obsadę do survival horroru, pani Helenka byłaby gwiazdą najmroczniejszych czeluści najbardziej plugawego lochu. – Wejdźcie chłopcy. Jest u siebie. – Opanowałem zimny dreszcz i minąłem wiekową kobietę lekkim łukiem. Nie żebym się bał, ale nawet wiking czułby się przy niej onieśmielony jak podlotek w zamtuzie. Chłopaki z resztą wypadli wcale nie lepiej. Z uszami położonymi po sobie przemknęli do kajuty Marcela.

Tak, mieszkał z matką. Jakiś problem?

– Ahoj żeglarzu! Przybyliśmy rozkołysać tą łajbę! Masz dzisiaj święto!

Darłem się od wejścia, by zamaskować zażenowanie niedawną paniką. Gruby nie wyglądał na zachwyconego naszym widokiem. Postanowiłem wybadać, co jest powodem tego stanu; zeszłoroczna impreza, która skończyła się myciem ścian z grafiti robionego parówką, wstawianiem okna i zakazem odwiedzania go przez prawie pół roku, czy może martwi go coś bardziej teraźniejszego?

– Co jest? Imieniny masz i tak kamratów witasz?

– A weź przestań Krzysiu. – Odepchnął próby poklepania go po plecach nogą. Student to zawsze było zwierzę imprezowe, nie ma to tamto.

– No to co się dzieje?

– Ech… Zobaczcie. Pokażę wam.

Zaciekawieni, co też Gruby może nam pokazać, otoczyliśmy go zwartym kręgiem.

– Nie martw się, urośnie. – Klunej nie omieszkał zakosztować słodkiej zemsty. Chwilę miał tą satysfakcję, że śmiejemy się z kogoś innego, ale nie trwało to długo. Marcel odpiął swojego Samsunga od ładowania, włączył i położył na stole. W skupieniu wpatrywaliśmy się w wyświetlacz z najładniejszym widgetem pogody jaki powstał. W końcu zgasł.

– Zajebiste Gruby. No po prostu majstersztyk. – Zadrwił Student. – Napięcie jak na filmie Tarantino stary, te zwroty akcji, te wybuchy…

– Nie kumam, przestawiłeś czas podświetlenia? – Moryc tym razem wykazał się nietuzinkowym brakiem poczucia humoru.

– Hyhyhy – Dorzucił Klunej płynąc na dopaminach z ostatniego ubawu.

– Weź typie, ale z was cepy, no poważnie. – Gruby pokręcił głową z zażenowaną miną intelektualisty, który pomylił adres wieczorku poetyckiego z ubojnią drobiu. – Bateria, patrzcie na baterię. Dopiero co go odłączyłem i zobaczcie jak schodzi.

Ponowił pokaz i dopiero teraz, mądrzejsi w wiedzę na co patrzeć, mogliśmy zaobserwować jak procenty nikną w oczach.

– Coś ci chodzi w tle. Zabij procesy i po problemie. Mam na chomiku zajebisty program, weź sobie. – Zawyrokował Student po chwili namysłu.

– Ma rację, albo jakiegoś task killera zainstaluj. – Poparłem wniosek załoganta.

– No właśnie zaczęło się tak robić jak ściągnąłem tego menadżera od ciebie. Testowałeś go w ogóle?

– Ochujałeś? Jakbym testował wszystkie aplikacje jakie wrzucam na gryzonia to bym z domu nie wychodził.

Wymieniliśmy się spojrzeniami. To była prawda. Student musiałby wisieć na kroplówkach gdyby sprawdzał wszystko, co ściąga. Właściwie to podejrzewałem, że ma mały problem ze sobą, gdy kupował trzeci twardy dysk. Przy piątym zdiagnozowałem jakąś nerwicę natręctw. Niestety, zawoalowane żarciki o zgrywaniu internetu na dyskietki nie przyniosły efektu, a potem po prostu się przyzwyczailiśmy. Przy siódmym twardzielu nawet pomagałem szukać najlepszej oferty. Prawdę mówiąc, powinien mieć ksywę Chomik.

– No to odinstaluj to w cholerę.

– A myślisz, że co pierwsze zrobiłem? – Gruby żachnął się i poszedł po szkło.

– Skąd ty w ogóle tego task killera wytrzasnąłeś? – Zapytałem Studenta, gdy ten badał Samsungowy problem od środka, czyli grzebał Marcelowi w telefonie.

– Myślisz, że pamiętam. – Skrzywił się łypnąwszy na mnie jak na debila. – Z jakiejś ruskiej strony. Na Google Play piętnaście zeta za niego chcą to przecież logika, że poszukałem w necie.

– Logika to jest taka, że tyle macie tam darmowych… – Zacząl dyskusję Klunej.

– Darmowa to jest twoja stara. – Ale Moryc szybko go zgasił. – Albo demo, albo ci każą zapłacić później, albo połowa funkcji nie działa albo ich w ogóle nie ma.

– Albo szmelc – Dorzuciłem swoje trzy grosze.

– Właśnie. Dupa nie aplikacja.

– W dodatku grzeje się jak głupi. Myślałem, że mi Tele Tydzień podpali jak go położyłem na stole. – Gruby wszedł i przywrócił rozmowę na właściwe tory. – Nic nie robię na nim. Dopóki nie włączę WiFi ani danych to jest jeszcze spoko, ale jak tylko odpalę sieć, od razu dostaje temperatury.

– A weź zobacz statystyki danych.

Student smyrnął po ekranie i urwało nam głowy z płucami.

– Uoo… Co ty pornosy ściągasz torrentem czy co? Zobacz jakie masz transfery.

– Odwal się, nic nie ściągam. Nie mam nawet torrenta.

– No to zobacz, patrz jak zasuwa. Nic dziwnego, że żre baterię i się grzeje. Coś się pobiera albo wysyła w tle. Zaraz zobaczymy o co chodzi.

Gapiliśmy się na telefon jakby miał porosnąć różowym futrem i mackami. Student próbował znaleźć problem, przejrzeć procesy, wybadać po statystykach baterii co tak chłonie energię, ale wszystko wyglądało w porządku poza statystyką danych. Zupełnie jakby urządzenie nie widziało problemu i funkcjonowało normalnie, nie licząc lekkich lagów z powodu obciążenia i temperatury. Tak go wciągnęło, że rozmowa zdechła na dobrych kilkanaście minut. Gruby rozlał rum do kubków a pani Helenka przyniosła zakąski „żebyśmy nie pili na pusty żołądek”. Na obiad obiecała zrazy wołowe i byłoby to całkiem miłe gdyby nie fakt, że stała nad nami aż każdy wziął po kanapce i zaczął jeść. Bez słowa, świdrując nas wzrokiem. Żadnego „Częstujcie się chłopcy” albo „Nie wyjdę dopóki nie spróbujecie” jak u normalnych ludzi. Po prostu stała nieruchomo, z tym przerażającym spojrzeniem jakby ktoś umieścił demona w martwym ciele kobiety. Mogłem sobie z łatwością wyobrazić jego nienawiść, frustrację i żądzę mordu. Gdyby z kącików oczu mamy Marcela pociekła teraz krew albo inna czarna maź, prawie odetchnąłbym z ulgą. Dlatego żułem kanapkę z poczuciem głębokiego przekonania, że kobieta nie wyjdzie dopóki talerz nie będzie pusty. Na szczęście się pomyliłem.

– Nie przejmujcie się nią. – Gruby chyba wyczuł napięcie i postanowił trochę wybronić staruszkę. – Była na spotkaniu swojego kółka kulinarnego i ktoś zarzucił, że jej przepisy są zbyt staroświeckie.

– Kanapki nie są staroświeckie, chyba… – Wymemłał Klunej, chyba najmniej skonsternowany z nas wszystkich. Miał naturalną umiejętność nie dostrzegania grozy dnia codziennego.

Gruby rozłożył ręce w bezradnym geście. Najwyraźniej też nie wiedział jak to wszystko rozumieć i zwyczajnie postanowił nie tłumaczyć nam dalej czegoś, czego wytłumaczyć się nie da.

– AHA! – Huknął znienacka Student. Cokolwiek robił, chyba właśnie znalazł rozwiązanie problemu wyciekającej energii. W najgorszym przypadku jego powód. Popatrzył po nas z miną geniusza, który zaraz postawi klocka na siódmej chmurze, ale zamierza poczekać aż przygodny motłoch poprosi o zaszczyt pławienia się w blasku jego zajebistości.

– No dawaj Szerloku… – Zachęciłem zniecierpliwiony.

– Wiem co jest grane! – Walnął chyba tylko po to, żeby jeszcze chwilę nacieszyć się swoją przewagą. – W życiu bym na to nie wpadł gdybym nie pogrzebał po forach! Nie uwierzycie.

– Powiesz wreszcie czy nie? – Tym razem Gruby nie wytrzymał.

– Telefon się zepsuł. – Suchar Kluneja tym razem okazał się wyjątkowo kruchy. Moryc zarechotał pierwszy mamrocząc coś w stylu „Ja jebie Krzysiu”, na co nigdy nie umiałem zostać obojętny. Chwilę później śmialiśmy się wszyscy. Poza Studentem.

– Nie chcecie wiedzieć, to nie.

– Oj dobra no… Powiedz wreszcie… Pitolisz się z tym jak ze śmierdzącym jajem. Dawaj, już się nie śmiejemy. – Głupie żarty są dobre, bo są dobre i głupie. Jednak jako kapitan tej załogi, wiedziałem kiedy przestać by nie przeciągnąć struny.

– To bitcoin miner.

– Co?

– Bitcoin miner, młotki. BITKOJN MAJNER – Student powtórzył „głośniej i drukowanymi”.

– My cię słyszymy typie, tylko nie wiemy co to jest.

– A to nie są te wirtualne pieniędze? – Gruby coś tam wiedział na różne tematy i chyba mu świtało, gdzieś na skraju wielkiej głowy.

– Dokładnie. – Potwierdził z powagą nasz Pierwszy Haxor. – To są te wirtualne monety, które trzeba majnować czyli kopać, wydobywać, rozumiecie. Używa się do tego oprogramowania, które podłącza nasz komputer do specjalnej sieci i wykorzystuje jego moce przerobowe do skomplikowanych obliczeń matematycznych. Za to dostaje się bitcoiny.

– No dobra, ale mówisz o komputerze więc co to ma wspólnego z moim telefonem?

– Wszystko stary. Smartfony teraz mają moc obliczeniową porównywalną z komputerami. Można instalować na nich aplikacje do miningu.

– Ja nic nie instalowałem do żadnego miningu.

– Ty nie. – Zgodził się Student z uśmiechem. – Ale zainstalowałeś ten manager ode mnie z chomika a okazuje się, że on może mieć podpiętego robaka, który podłącza twój smartfon do takiej kopalni bitcoinów. I twoja paletka tyra dla jakiegoś kolesia.

– Acha. – Temperatura w pomieszczeniu nagle się obniżyła. Nieodrodny syn swojej matki objawił swą moc. Kto by pomyślał, że umie coś takiego? Musieli mieć wśród przodków jakieś niewysłowione horrory. – Ja nie wiem co ty się tak cieszysz. Wziąłem tą appkę od ciebie. – Gruby wyglądał na oplutego entuzjazmem kolegi.

– Daj spokój, skąd on miał wiedzieć? Przecież mówił, że nie sprawdzał. – Postanowiłem nieco wygasić nadciągającą awanturę.

– Ściągasz co popadnie, chuj wie skąd, a potem problem. – Marcel wyraźnie postanowił się nakręcać.

– Kto ci kazał to instalować?

– Ty! Dopiero co mi proponowałeś, żebym sobie pobrał!

– Ale mówiłem, że nie sprawdzałem. Krzychu przed chwilą potwierdził.

– Ale dopiero jak się spytałem! Mówisz, że coś jest zajebiste to chyba proste, że nie ściemniasz? Kolegów w chuja się nie robi! – Zwalista sylwetka wypełniła część pokoju.

– Marcel, weź siądź, nie odpierdalaj. – Żachnął się Student. – Aplikacja zajebista. Mówiłem o aplikacji a nie o jakimś backdorze. Co ty teraz będziesz psy na mnie wieszał? Wiedziałeś, że to lewy towar.

– Dobra, panowie, bez takich. Gruby, siadaj. Student, weź mu tam to jakoś wyłącz. – Też wstałem. Trzeba było sparterować Marcela zanim się coś z tego rozwinie. Nie, żebym się martwił o bijatykę, ale z jego masą… Wystarczyłoby, żeby się na przeciwnika przewrócił. Śmierć na miejscu.

– Spoko… Chętnie, tylko nie wiem ja. Nie ma tego w procesach, nie ma w aplikacjach. Nie wiem gdzie szukać. Jak mam wyłączyć coś, czego nie widać?

– Fabryczne. – Wtrącił Klunej. Do tej pory milczał i gapił się to na jednego, to na drugiego, ale gdy Gruby siadł, zrobiło się jakby spokojniej. Widocznie dwaga mu wróciła.

– Próbowałeś przywrócić do fabrycznych? – Zerknąłem na okrągłą, zaczerwienioną z nerwów facjatę kolegi.

– Za debila mnie masz? Jasne, że tak.

– A przywróciłeś potem z backupu?

– No przecież nie będę wszystkiego ustawiał ręcznie od nowa.

– Może to się gdzieś zapisało i jak robisz backup ustawień, to przywracasz też robaka. Albo jest gdzieś na karcie. Dobra, zobaczymy. Wszystko wyczyścimy do zera i wtedy się okaże. – Zawyrokował Student z determinacją w głosie. Może się trochę poczuł do odpowiedzialności a może też się obawiał, że zostanie zmiażdżony przez rozwścieczonego zawodnika sumo.

– Czekaj… Ale ja tam mam ważne rzeczy…

– To zgraj na kompa i przeskanuj, czy coś. Też myślę, że bez czystek nic nie zrobisz. – Poparłem pomysł. Z resztą co niby mógł tam mieć, poza zdjęciami ulubionych aktorek, niekoniecznie kina mainstream’owego.

Walczyliśmy z rumem i telefonem do późnych godzin. Właściwie to do wczesnych bo zaczynało się robić widno za oknem gdy padłem na pysk. Okazało się, że karta też była zapaskudzona, a że nie wiedzieliśmy które pliki są trefne bo skanowanie nie dawało jednoznacznych wyników, trzeba było wyczyścić wszystko. Gruby został z fabryczną nówką pod każdym kątem, poza hardware’m. Trochę mu współczułem. Jednak z drugiej strony, zgodnie z piracką maksymą życiową…

Nie ma ryzyka, nie ma zabawy! Yarr!